Przejdź do głównej zawartości

Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd

Lubię książki podróżnicze. Ale ta jest naprawdę niezwykła. Jej podtytuł brzmi: "Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936" i w tym tkwi jej ogromny atut. Opisywana przez Kazimierza Nowaka Afryka istnieje, ale właściwie już jej nie ma. Czasy się zmieniły, przetoczyła się przez ten kontynent II wojna światowa, nie ma już kolonii: angielskich, francuskich, niemieckich, belgijskich, portugalskich. Kraje afrykańskie odzyskały niezależność, choć właściwie często fikcyjną, ujawniają się wciąż obecne waśnie międzyplemienne, jak w Rwandzie między Tutsi a Hutu (a trzeba wiedzieć, że trasa tego podróżnika przez te ziemie też przebiegała i spotykał Watussi i Bahutu).
Kazimierz Nowak, samotny podróżnik w latach 30. przemierzył na rowerze i pieszo (z rzadka posiłkując się wielbłądem - Sahara - czy łodzią - Kongo Belgijskie, czy wreszcie jadąc konno - Afryka Południowo-Zachodnia -) dwukrotnie Afrykę z północy na południe i z południa na północ. Nie odwiedzał miast (bo i miast jest wewnątrz kontynentu niewiele), szedł bezdrożami, nieuczęszczanymi przez białych szlakami, przez dżungle, puszcze, sawanny i pustynie, często z dala od ludzkich siedzib, nocował na ziemi, głodował, pił brudną wodę z kałuż, byle tylko przeżyć i iść dalej. Cały czas ryzykował swoim życiem, bardzo często chorował, cierpiąc na skutki tropikalnych chorób, głównie malarii, co objawiało się atakami 40-stopniowej gorączki. Ale opisywał prawdziwą Afrykę i wykonywał fantastyczne zdjęcia (a zachowało się ich z 10 tys. ok. 2 tys.), pisząc do polskich gazet reportaże z tej podróży swego życia. Przeciwny kolonializmowi wyrażał gorzkie refleksje na temat wyzyskiwania tubylców przez białych najeźdźców oraz czerpania korzyści z bogactw naturalnych Afryki, kosztem rodzimych mieszkańców - ostrzegał przy tym Polaków przed takimi mrzonkami, bo trzeba wiedzieć, że Polska miała wtedy kolonialne ciągoty.
Mimo trudów tej wielkiej, trwającej 5 lat, podróży był szczęśliwy, nocując pod gołym niebem, otoczony przez nocne, zwierzęce hałasy, porykiwania lwów, czując wokół siebie groźną lecz piękną afrykańską przyrodę. Przez afrykańskich tubylców był witany często z wrogością jako przybysz, po którym nie wiadomo czego można się spodziewać (rower wielu z tych ludów był przecież nieznany, a czasem nawet nie widzieli białego człowieka), spotykał ludożerców, beduinów, Tuaregów, Burów, Buszmenów, Pigmejów, afrykańskich władców, misjonarzy, z rzadka rodaków, jak nagle w środku Górnego Kassai w Kongo Belgijskim siostrę klauzurową Magdalenę z Krakowa, z którą rozmawiał w rozmównicy, nie widząc nawet jej twarzy.
Przeżywał niebezpieczne przygody, wychodząc żywo z tak wielu opresji, że musiał mieć opiekuńczego ducha, który wciąż nad nim czuwał.
Przemierzył w drodze na południe - Libię, Egipt, Sudan, Kongo Belgijskie, Rodezję, Związek Południowej Afryki, a potem z powrotem na północ inną drogą - Afrykę Południowo-Zachodnią, Angolę, Kongo Belgijskie, Francuską Afrykę Równikową oraz Francuską Afrykę Równikową do Algierii.
Najbardziej narzekał na mnożące się formalności, związane z przekraczaniem granic, rabunkowe cła, które musiał opłacać za swój nad wyraz skromny bagaż, co bardzo uszczuplało jego i tak niewielki budżet (i zmuszało często do głodowania) i - nierzadko - na nieżyczliwość ludzką.
Środki finansowe dla siebie i dla pozostającej w kraju rodziny zdobywał honorariami za reportaże i zdjęcia, posyłając je do polskich i niemieckich czasopism, niektóre ze zdjęć sprzedawał od razu na miejscu, by zdobyć środki na niezbędne opłaty oraz na żywność.
W listopadzie 1936 roku zakończył liczącą przeszło 40 tys. kilometrów ponad 5-letnią, samotną wędrówkę. Za ostatnie pieniądze kupił ubranie i wrócił do Polski. Jednak wycieńczony nawrotami malarii i po przebyciu operacji po zapaleniu okostnej lewej nogi, zapadł na zapalenie płuc. Rok po powrocie do kraju, po swoich niebezpiecznych podróżach, umarł - w październiku 1937 roku.
Przez całe lata ten niezwykły podróżnik był zapomniany, jednak w 1998 roku do artykułów, publikowanych w różnych czasopismach polskich z lat 30. z podróży Kazimierza Nowaka do Afryki, dotarł Łukasz Wierzbicki. W 2000 roku ukazało się I wydanie tej książki (oparte na reportażach Kazimierza Nowaka), potem następne, uzupełnione nowymi materiałami, gdyż udało się dotrzeć do rodziny wielkiego podróżnika, a sam mistrz reportażu - Ryszard Kapuściński - zafascynowany postacią Kazimierza Nowaka, odsłaniając pamiątkową tablicę na dworcu poznańskim, powiedział: "Wyczyn Kazimierza Nowaka zasługuje na to, by jego nazwisko znalazło się w słownikach i encyklopediach, by było wymieniane obok takich nazwisk jak Stanley i Livingstone [..] pokazał, że jeden biały człowiek, zupełnie bezbronny, nieposiadający żadnego uzbrojenia, a jedynie wiarę w drugiego człowieka, może przebyć samotnie wielki kontynent, i to w czasach, gdy Europa zaczynała odkrywać Trzeci Świat.[..] Tylko ktoś, kto zna te rejony, gdzie podróżował [..] może docenić to bohaterstwo połączone ze skromnością".
I ja zafascynowana czytałam tę opowieść niezwykłego człowieka, śledziłam trasę jego wędrówki, z palcem na mapie, korzystając z obrazu satelitarnego przemierzanych przez niego terenów, nie mogąc uwierzyć, że jeden człowiek mógł przejść całą tą niesamowitą i groźną przestrzeń - piaski pustyni, puszcze i sawanny, wspinać się na ośnieżone szczyty Ruwenzori w sercu Afryki, płynąć rzekami Lulua i Kassai na pokładzie (13-metrowej długości i 65 centymetrowej szerokości) łodzi ochrzczonej swojskim imieniem "Maryś", wreszcie jadąc na wysłużonym i bez końca łatanym rowerze czy idąc pieszo...
"To zupełnie niezwykła książka" - powtórzę znów za Ryszardem Kapuścińskim.
Dla mnie - wychowanej na przygodach Tomka Wilmowskiego (cyklu podróżniczych książek Alfreda Szklarskiego, których akcja toczy się na różnych kontynentach na początku XX wieku, w tym na Czarnym Lądzie) - ta książka jest bardzo bliska.

(więcej o podróżniku: http://www.kazimierznowak.pl/biografia/
trasa jego podróży: http://www.kazimierznowak.pl/trasa-podrozy-1931-1936/ )

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O ekranizacjach "Jane Eyre" ze szczególnym wskazaniem na jedną

Powstało wiele ekranizacji powieści Charlotte Bronte "Jane Eyre". Ja sama znam ich osiem. Wersje pełnometrażowe to: z 1943 r. z Orsonem Wellesem, z 1970 r. z Georgem C. Scottem i Susannah York, z 1996 r. w reż. Franco Zefirelli`ego z Williamem Hurtem i Charlotte Gainsburg, z 1997 r. z Ciaranem Hindsem i Samanthą Morton oraz najnowszą z 2011 r. z Michaelem Fassbenderem i Mią Wasikowską (pisałam już o niej na tym blogu). Znam też ekranizacje tej powieści, które powstały w postaci miniseriali: z 1983 r. z Timothy Daltonem i Zelah Clark, z 2006 r. z Toby Stephensem i Ruth Wilson, a wreszcie wersję czeską pt. "Jana Eyrova" z 1972 roku. Mam więc, jak widać, niejakie porównanie. Nie wszystkie oglądałam ostatnio, ale w ciągu ostatnich kilku dni przypomniałam sobie cztery. W wersji z 1970 roku z Georgem C. Scottem i Susannah York bardzo podobał mi się główny motyw muzyczny - utwór, który trudno zapomnieć - temat miłosny. Film trwa półtorej godziny. Zaczyna się z chwil...

Tajemnica Abigel

Ten film pamiętam do dziś. Było to w latach 80., kiedy prawdopodobnie dwukrotnie pokazywano w naszej telewizji ten 4-odcinkowy węgierski serial. Serial opowiada o węgierskiej nastolatce, którą w czasie II WŚ ojciec musiał dla bezpieczeństwa umieścić w surowej szkole religijnej na prowincji. Gina początkowo buntuje się przeciwko szkolnym rygorom i czuje się wyobcowana wśród innych uczennic, próbuje uciekać; ostatecznie pojmuje powagę sytuacji. Jej powiernikiem staje się stojąca w ogrodzie statua postaci zwanej Abigél, która według miejscowej tradycji pomaga osobom pozostawiającym w trzymanym przez posąg naczyniu ukryte karteczki z życzeniami. Czy to tylko szkolna, dziecięca legenda, czy też ktoś naprawdę odbiera pozostawiane u Abigél wiadomości? Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej na pensji dla dziewcząt, prowadzonej przez surowego dyrektora i siostry diakonisy. Przywieziona tu przez swego ojca, generała, i pozostawiona na czas bliżej nieokreślony, Georgina Vitay źle się czuj...

When call the heart...

Zanim opowiem o serialu "When call the heart", powstałym na motywach książki o tym samym tytule, kilka słów wstępu. Pisarka Janette Oke to córka pionierów, urodzona w kanadyjskim stanie Alberta w 1935 roku. Jest autorką ponad 70 powieści, z których 32 zostało przetłumaczonych na 14 języków. Jest laureatką nagród Stowarzyszenia Wydawców Chrześcijańskich za znaczący wkład w literaturę. Ma fanów na całym świecie. O tej kanadyjskiej pisarce dowiedziałam się kilka lat temu po obejrzeniu filmu "Miłość przychodzi powoli" (Love come softly). Jego fabuła jest prosta: młode małżeństwo: Marty i Aaron Claridge'owie wyruszają na Zachód w poszukiwaniu miejsca na dom i na założenie rodziny. Niestety Aaron ginie. Jako że zima jest coraz bliżej, Marty nie ma możliwości powrotu na Wschód. Samotny wdowiec - Clark Davis, wychowujący około dziewięcioletnią córkę Missie, proponuje, by Marty wyszła za niego za mąż i przeczekała w ten sposób do wiosny. W zamian za opiekę nad domem i...