czwartek, 25 lipca 2019

Ekranizacje "Mansfield Park"

Korzystając z chwili wolnego letniego czasu przeczytałam "Mansfield Park". Nie jest to moja ulubiona powieść Jane Austen. Wręcz przeciwnie, w moim osobistym rankingu zajmuje, zasłużenie czy niezasłużenie, ostatnie miejsce, po "Dumie i uprzedzeniu", "Perswazjach", "Emmie" i "Opactwie Northanger". Jest chyba najobszerniejszą z jej powieści. Opowiada o losach Fanny Price, skromnej i cichej, niezamożnej dziewczyny wychowywanej w domu zamożnych krewnych, państwa Bertram. Główna bohaterka jest chyba najmniej interesującą z postaci kobiecych Austen.

Przy okazji tej lektury przypomniałam sobie ekranizacje tej powieści. Nie ma wersji idealnej, przy czym osobiście wolę wersję wierniejszą oryginałowi niż to, co zrobiła Rozema. Ale po kolei. UWAGA! Spoilery!

Pierwsza adaptacja powstała w 1983 roku jako 6-odcinkowy serial BBC, w reżyserii Davida Gilesa. W rolach głównych wystąpili: Sylvestra Le Touzel jako Fanny Price, Nicholas Farrell jako Edmund Bertram i Anna Massey jako pani Norris. To typowa ekranizacja z tamtych lat, wierna książkowemu pierwowzorowi, nieco statyczna, przypomina "Dumę i Uprzedzenie" z 1980 r. oraz "Rozważną i Romantyczną" z 1981 r.
W tej wersji największą pretensję można mieć do wyboru głównej bohaterki. Fanny nie była ładna, ale nie wierzę, że miała prawie nieruchomą twarz i wytrzeszcz oczu. Była cicha, bierna, ale nie reagowała tak histerycznie jak w jednej ze scen reaguje Sylvestra Le Touzel, która swoją grą aktorską przypomina mi nieco aktorki niemego kina. Nie mogę sobie wyobrazić, że Henry Crawford mógłby się zakochać w takiej bezbarwnej, wymoczkowatej i wystraszonej Fanny. Nicholas Farrell odtwarza postać Edmunda Bertrama, nie przepadam za tym aktorem, ale w sumie wypadł nieźle, choć nie jest to mój ulubiony odtwórca tej roli. Robert Burbage jako Henry Crawford jest bardzo teatralny, zadziera nosa, ale sylwetkę ma świetną i nosi się bardzo elegancko. Mam jednak zastrzeżenia, bo powieściowy Henry był ciemny i niski, a także raczej brzydki niż przystojny, nadrabiał manierami, a jednak o Burbage`u trudno powiedzieć, że jest brzydki. Jeśli chodzi o Mary Crawford (Jackie Smith-Wood) jest to chyba moja ulubiona postać w tej wersji, można ją polubić, jednak nie sądzę, żeby wtedy noszono takie krótkie fryzurki. Świetna jest oczywiście jak zawsze Anna Massey w roli ciotki Norris. No i sir Bertram jest tu najcieplejszym, najsympatyczniejszym ze wszystkich ekranizacji "Mansfield Park", ale jest jeden problem - Bernarda Heptona jako sir Bertrama zdecydowanie się lubi i darzy szacunkiem, nie sądzę, żeby ktoś mógł się go bać. Nie bardzo mi się podoba to co uczyniono z ojcem Fanny, zrobiono z niego strasznego pijaczka. Jedna z najciekawszych scen w tym filmie to epizod z bramą i kluczem oraz obserwującą wszystko Fanny, to niemal mała sztuka teatralna. Ale to kunszt Jane Austen, świetnie wykorzystany z tej ekranizacji.




Druga ekranizacja z 1999 r. to pojedynczy film - autorska wersja Patricii Rozemy, która wykorzystała tekst powieści, ale także listy Jane Austen, miała podobno w tworzeniu scenariusza wolną rękę. Role główne zagrali: Frances O’Connor jako Fanny Price i Jonny Lee Miller jako Edmund Bertram. Nie jest to wierna adaptacja, a wręcz przeciwnie, wariacja na temat. To co najbardziej mnie irytowało to Fanny, która patrzy w kamerę w scenach pisania listów a także dodawanie scen, których w książce nie było. Główna para to moja ulubiona Fanny (może nieco za ładna, zbyt odważnie wyraża swoje zdanie, a nawet flirtuje z Crawfordem) i ulubiony Edmund ze wszystkich ekranizacji. Także Alessandro Nivola jako Henry Crawford jest przekonujący (niski, ale niebrzydki), stara się i niemal można się nie dziwić Fanny, która nagle przyjmuje jego oświadczyny, żeby dzień później odmówić mu swojej ręki - tego jednak w książce nie ma (Rozema zaczerpnęła ten epizod z życia Austen), tak samo jak nie ma ich pocałunku, to po prostu kłóci się z jej powieściowym charakterem. Dodaną bardzo odważną sceną jest przyłapanie przez Fanny w łóżku Henry`ego z Marią Rushworth. To dosłowne pokazanie czegoś, co w powieści Austen jest tylko skwitowanie zdaniem, że Mary z nim uciekła. Takie in flagranti bez wątpienia byłoby jednak nie do pomyślenia w domu sir Bertrama. W ogóle to wersja powieści Austen bardzo nowoczesna, żeby nie powiedzieć współczesna. Rozema podjęła też, jedynie lekko sugerowany w prozie Austen, wątek niewolnictwa, ale czym były te ilustracje Toma Bertrama? Kogo oni zrobili z sir Bertrama? Gwałciciela? Okrutnika? Czemu Mary Crawford zachwyca się w jednej scenie (po deszczu) ciałem Fanny, jakby niemal chciała ją rozebrać? Czy to jakaś sugestia homoseksualna? No i te robaki w domu Price`ów… Obrzydliwość. Trudno mi sobie także wyobrazić, żeby Crawford zainteresował się Mary Bertram, bo aktorka grająca tę rolę nie grzeszy urodą, na jego miejscu zachwyciłabym się raczej Julią (ładna Justine Waddell). Nieliczne pozytywy tej wersji to, poza parą głównych bohaterów, zabawny Hugh Bonneville w roli Rushwortha oraz przystojny James Purefoy w roli Toma Bertrama - kogoś takiego właśnie sobie wyobrażałam. Jednak scena gdy każe czekać biednemu dziecku przed wejściem... Po co to było? Aż tak okrutny to on nie był, zresztą różnica wieku nie była aż tak wielka. To co można docenić w tym filmie to zdjęcia.




Ostatnia ekranizacja pochodzi z 2007 r., jest to film telewizyjny ITV, w reżyserii Iaina B. MacDonalda, w rolach głównych wystąpili: Billie Piper jako Fanny Price i Blake Ritson jako Edmund Bertram. Blond-włosa, wydekoltowana Fanny z tej ekranizacji nie bardzo mi się podoba, nie tak sobie wyobrażam główną bohaterkę, jest to zbyt współczesna dziewczyna, wciąż w biegu, nie wygląda na chorowitą i delikatną Fanny z powieści Austen, wręcz przeciwnie, tryska zdrowiem. Edmund od biedy ujdzie, ma dziwną fryzurkę, ale ładne oczy. Douglas Hodge jako sir Bertram, no właśnie, jest niesympatyczny, wciąż ma jakiś szczękościsk i groźne spojrzenie, poza ostatnią sceną. Pamiętam tego aktora z "Miasteczka Middlemarch", tam wypadł bardzo dobrze (był wówczas dość przystojny, szczuplejszy, szkoda że tak brzydko się zestarzał), a tu jest zasadniczy i antypatyczny, w związku z tym nie trudno sobie wyobrazić, że córki chcą się wyrwać z takiego domu.
Michelle Ryan jako Maria Bertram - nie dziwię się Henry`emu Crawfordowi, że mógł się nią zauroczyć, bo to niebrzydka kobieta. Z tej wersji wypadła wycieczka do Rushwortów oraz wyjazd Fanny do rodziny, zamiast tego ona zostaje sama w Mansfield Park, a sir Bertram, żeby ją ukarać (???) wyjeżdża z rodziną na jakiś czas. Bardzo to dziwne i mało realne. Bal, którym Fanny rozpoczyna "bywanie" jest tu …. piknikiem. Co dziwne, Fanny w powieści była jedyną, która odmówiła zagrania w sztuce teatralnej, a tymczasem w tej wersji sir Bertram znajduje wszystkich na scenie, także ją. Co ciekawe, lady Bertram na końcu orientuje się, że młodzi się kochają i niemal ułatwia im zaręczyny, to zresztą ładna scena harmonii małżeńskiej sir Bertramów (choć może w perspektywie wcześniejszej ospałości lady i antypatyczności jej męża jest to niekonsekwentne).



Podsumowując, "Mansfield Park" czeka nadal na swoją dobrą ekranizację.

środa, 17 lipca 2019

Lucy Worsley "Jane Austen w domu"

Zasiadłam do lektury tej książki, nie przypuszczając jak dalece okaże się ona przyjemnością. Znałam już kilka biografii Jane Austen, w tym "Niezłomne serce" Valerie Grosvenor Myer, która to książka bardzo mnie rozczarowała (zwłaszcza po biografiach sióstr Bronte) oraz "Jane Austen" Helen Lefroy. Kilka lat temu przeczytałam "Jane Austen i jej racjonalne romanse" Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Nie sądziłam więc, że "Jane Austen w domu", książka wydana przez Świat Książki w 2019 roku, przyniesie jakieś nowe dla mnie informacje.

Historyczka Lucy Worsley zdecydowała się pokazać życie Jane Austen z nieco innej perspektywy. Worsely odwiedziła różne miejsca, które miały szczególne znaczenie dla Jane - jej dom rodzinny, jej szkołę, jej ulubione miejsca spędzana wakacji itd. Każde z tych miejsc, ale i zamieszkujący je ludzie, mieli wpływ na jej pracę jako powieściopisarki. Badania Worsley rzucają nowe światło na Jane, która zdaniem wielu wiodła spokojne życie, a według Lucy była pełną pasji kobietą, która nieustannie walczyła o swoje prawo do wolności. JANE AUSTEN AT HOME to portret znanej autorki nie jako samotnej starej panny, ale jako silnej i zdecydowanej kobiety, która odrzuciła 5 propozycji małżeństwa, bo wiedziała, że może przyjąć tylko Pana Darcy'ego.

Lucy Worsley bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przede wszystkim dołożyła wszelkich starań, by przybliżyć czytelnikom warunki, w jakich żyła Jane Austen. Ogromną zaletą jest to, że odwiedziła miejsca, w których pisarka mieszkała, opisała je tak plastycznie, że możemy sobie je wyobrazić: Steventon, Bath, Lyme Regis, Southampton, Godmersham Park, Chawton. Kolejne adresy, kolejne mieszkania. Najpierw dom rodzinny, później miejsca czasowego dłuższego lub krótszego pobytu, posiadłości należące do krewnych, coraz skromniejsze domy wynajmowane przez rodzinę Austenów. Opisała warunki lokalowe oraz najbliższą okolicę i miejscowe rozrywki, z których mogła korzystać Jane.
Autorka biografii nie poprzestała na tym, zapoznała się z różnymi źródłami, studiowała korespondencję pisarki i jej bliskich, ówczesną prasę, ogłoszenia, kroniki towarzyskie. Dzięki temu czytelnik otrzymał obraz zgodny z realiami historycznymi. I co było ważne dla samej Austen, Lucy Worsley podając ceny mieszkań i koszty utrzymania, dała nam wyobrażenie o kondycji finansowej pisarki, która całe życie borykała się z brakiem jakiegokolwiek dochodu, musiała żyć skromnie, będąc na utrzymaniu rodziny. Tym bardziej uzmysławia to nam, jak ważne było dla niej sprzedać napisane przez siebie powieści i uzyskać jakieś własne pieniądze. Na szczęście, jak to kiedyś już napisałam, była zależna materialnie, ale niezależna duchowo, stąd też taki a nie inny wybór, jakiego kiedyś dokonała, decydując się na samotne życie, mimo tego, że mogła wyjść za mąż bez miłości, ale za to za człowieka, który zapewniłby jej wygodne życie.
Ta ponad 500-stronicowa biografia nie jest nudna, napisana jest z pasją, przybliża postać autorki "Dumy i Uprzedzenia", jej środowisko, wybory życiowe (zwłaszcza ten najważniejszy), kulisy powstawania kolejnych utworów, a także problemy z wydawcami. Pokazuje jej życie codzienne, radości i troski. Dzięki tej książce zrozumiałam także koligacje rodzinne tej angielskiej pisarki, które dotąd wydawały mi się skomplikowane i trochę nudne. Tym było to łatwiejsze, że znalazłam w internecie drzewko rodzeństwa Austen i podopisywałam żony oraz dzieci, no może nie wszystkie, bo było ich sporo, oczywiście mówię o dzieciach. ;)
Worsley odnotowuje również ludzi i pewne wydarzenia, które stanowiły inspirację dla Austen przy pisaniu jej powieści. Nie będę pisać więcej o zaletach tej biografii, bo ktoś kto po nią sięgnie, sam się o nich przekona.

Książka tak mnie wciągnęła, że w pewnym momencie stwierdziłam, że jakby coś mi przerwało lekturę, byłabym niepocieszona. To chyba najlepiej świadczy o tej biografii. :)
Jedyne czego mi brakowało to ilustracji, bo jednak jestem wzrokowcem, ale książkę oceniam bardzo wysoko za te walory, o których wcześniej wspomniałam.

Po przeczytaniu pracy Lucy Worsley sięgnęłam ponownie po "Jane Austen i jej racjonalne romanse". Książka Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej (tłumaczki austenowskiej prozy) jest nieco inna, to też biografia, czyta się dobrze, ale miałam wrażenie, że więcej w niej niż w poprzednio omawianej publikacji opisania fabuły poszczególnych powieści. Trochę nie podoba mi się tytuł, te romanse... Zbyt marketingowy. Ale ilustracje są, może niezbyt dużo, ale wystarczające.

Jednak obie książki warto przeczytać, gdyż się w jakiejś mierze uzupełniają.

sobota, 29 lipca 2017

Eryk Ostrowski i "Tajemnice Wichrowych Wzgórz"

Postać Branwella Bronte była mi wcześniej na tyle daleka, że zastanawiałam się, czy w ogóle sięgnąć po tę książkę, po tym jak Eryk Ostrowski ujawnił, że właśnie jemu poświęci teraz swój czas. Byłam oczywiście po lekturze biografii rodzeństwa pióra Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej ("Na plebanii w Haworth"), Elizabeth Gaskell ("Życie Charlotte Bronte") i oczywiście wcześniejszej książki Eryka Ostrowskiego "Charlotte Bronte i jej siostry śpiące". Wszystkie te biografie były wybitne, ale w dwóch pierwszych Branwell Bronte jawił się jako człowiek straconych szans i talentów, pijaczyna z długami, opiumista, który uprzykrzał życie swoim najbliższym.

Dogłębne studia Eryka Ostrowskiego nad tematem, jak i jego literackie pióro dowiodły dwóch rzeczy: że Branwell Bronte to zupełnie inny człowiek niż opisywali dotychczasowi biografowie, a opis jego życia może być bardzo ciekawą lekturą. Książka jest mniej bogato ilustrowana niż poprzednia, więc żeby zobaczyć opisywane przez Ostrowskiego rysunki i obrazy Branwella zaglądałam do internetu. Na szczęście na końcu publikacji są linki do stron zawierających dzieła Branwella. A okazuje się, że warto do nich zajrzeć. O tej części działalności brata słynnych sióstr mało wcześniej wiedziałam, bo ten wątek był słabo eksponowany. A tymczasem Branwell Bronte to utalentowany malarz, świetny portrecista, poeta, tłumacz, dusza towarzystwa, człowiek z poczuciem humoru, czasem co prawda wisielczym. Niektóre jego utwory poetyckie są zresztą w książce zamieszczone, po raz pierwszy w Polsce przetłumaczone przez Dorotę Tukaj.

Eryk Ostrowski uważa, że Branwell Bronte został celowo i jakby za karę wykreślony przez Charlottę jako autor najsłynniejszej powieści sióstr Bronte - "Wichrowych Wzgórz". To wykreślenie symbolizuje m.in. słynny obraz na którym widoczne są trzy siostry Bronte, a pośrodku widnieje smuga cienia - to pozostałość po jego sylwetce. Podobnie było z napisaną przez niego powieścią, przypisano ją komuś innemu, siostrze Emily, której życie kręciło się wokół plebanii i która nie byłaby w stanie stworzyć takich bohaterów i takiego dzieła.
On jako jedyny z rodzeństwa mógł w książce umieścić dialogi pisane dialektem yorkshirskim, a nie wszyscy wiedzieliśmy, że są w tej powieści takie właśnie passusy, co pokazuje nowe tłumaczenie dokonane przez Piotra Grzesika. Autorka najbardziej znanego przekładu "Wichrowych Wzgórz" Janina Sujkowska zamieniła te fragmenty na język literacki i tak dotąd ta powieść u nas funkcjonowała.
Co ważne, Eryk Ostrowski pokazuje wątki powieści, które już wcześniej pojawiały się w twórczości Branwella. Co ciekawe, jeden z jego przyjaciół wspominał, że Branwell czytał mu fragment "Wichrowych Wzgórz", zanim książka ukazała się drukiem.
Ostrowski sugeruje także współautorstwo "Shirley". Faktycznie ta powieść rozpada się na dwie części, z której ta pierwsza jest - moim zdaniem - ciekawsza.

Przez długi czas brat i siostra, Branwell i Charlotte tworzyli wspólny literacki świat Angrii, jednak w pewnym momencie ich drogi życiowe się rozminęły. Punktem krytycznym był moment, gdy oboje zakochali się w osobach, które były w związku małżeńskim z kimś innym. Charlotte zdusiła w sobie uczucie do nauczyciela Constantina Hegera i dała mu tylko upust w twórczości, a Branwell, który zakochał się w pani Robinson, nie był w stanie tego uczynić. Może przyczyną jej późniejszej niechęci była pogarda dla słabości brata?

Dlaczego Charlotte wolała ukryć tożsamość autora powieści "Wichrowe Wzgórza"? Czy Branwell miał córkę? Na co naprawdę umarło rodzeństwo Bronte? Dlaczego mit Emily wciąż jest żywy?

Eryk Ostrowski w swojej książce przeprowadza drobiazgowe śledztwo, snuje hipotezy, przytacza argumenty. "Tajemnice Wichrowych Wzgórz" mimo swojej objętości czyta się lekko i z emocjami, które od lat towarzyszą twórczości i życiu sióstr Bronte.

środa, 31 maja 2017

Eliza Orzeszkowa: Pamiętnik Wacławy

Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama wyszła za mąż za profesora Politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się wstrętne. Oboje rodzice ogromnie kochają córkę, ale każde z nich inaczej widzi jej drogę do szczęścia. Od lat żyją w separacji, ale zgodnie z wcześniejszą umową córka po ukończeniu pensji ma najpierw spędzić rok u matki, a potem rok u ojca.

"Pamiętnik Wacławy ze wspomnień młodej panny ułożony" powstał w 1871 roku, a więc w chwili rozkwitu powieści tendencyjnej. Powieść tendencyjna miała pełnić funkcje wychowawcze, dostarczając czytelnikom słusznych i właściwych, w przekonaniu autora, wzorców postaw i zachowań.
Obraz rysowany w tej powieści jest tendencyjny, moralizatorstwo drażni, ale jednocześnie są tu znakomicie zarysowane postaci takie, jak Rozalia. Jej wątek pełen namiętnej pasji mógłby odnosić się do zdania reklamującego tę książkę jako "powieści dla miłośników literatury w stylu Charlotte Brontë!". Jednak główna bohaterka Wacława na postać z Bronte nie bardzo się nadaje. Może w większym stopniu, jak to ktoś zauważył, na bohaterkę prozy Elizabeth Gaskell. Są i inne interesujące postaci w tej powieści, niektóre o silnej osobowości, tak jak babka Hortensja, inne o słabej, jak babka Ludgarda czy matka głównej bohaterki.

"Pamiętnik Wacławy" to typowy bildungsroman (powieść o kształtowaniu się). Nierówna to książka, obok długich i chwilami może nieco nużących rozdziałów, które mają oddać upływający czas i pokazać dojrzewanie głównej bohaterki, są fragmenty i sceny świetne, które podnoszą emocję do wysokiego C i zapierają oddech. Jest na ponad 700 stron kilka-kilkanaście takich dramatycznych momentów.

Odnosząc się do wspomnianego w streszczeniu podziału na świat ojca i świat matki, warto zauważyć, że mimo że narratorka uznaje ten pierwszy za lepszy, to w samej powieści jest on potraktowany marginalnie. Nie poznajemy go z bliska, a znamy tylko ze skrótowej relacji Wacławy, sprowadzonej raczej do skutków (przebywania z ojcem i w jego świecie), a nie do samego procesu. Świat matki za to jest oddany drobiazgowo, z całym korowodem różnych postaci, które bohaterka poznaje i z którymi przebywa, ze stopniowo zdobywanym przez Wacławę doświadczeniem, z przeżyciami, nadziejami, porażkami i rozczarowaniami.

Akcja przenosi się z posiadłości ziemskiej do miasta (przypuszczalnie chodzi o Wilno), poznajemy środowisko ludzi zamożnych, w którym liczą się: pozycja, majątek, konwenanse, a szczęście odgrywa drugorzędną rolę. Panny na wydaniu praktycznie nie decydują same o wyborze przyszłego małżonka, pozostawienie Wacławie przez matkę wolnej ręki w tej kwestii jest uznawane przez towarzystwo za dziwactwo, a przecież taka postawa wynika z miłości do córki. Trochę drażniła mnie sztuczność imion męskich bohaterów: Ludomir, Agenor. Być może był to celowy zabieg, gdyż ci pozytywniejsi bohaterowie mieli swojskie imiona: Franciszek, Władysław, Witold. Niestety, ten ostatni, bardzo obiecujący, przewija się migawkowo w tej powieści, a nawet wtedy, gdy mamy prawo uznać, że wreszcie poznamy go bliżej, akcja przyspiesza i streszcza się do krótkiej o nim wzmianki, co może budzić spore rozczarowanie. A przecież potencjał był olbrzymi, bo wydawał się od początku intrygującą i interesującą postacią. Nie wiemy tak naprawdę, w jaki sposób zarządzał swoją posiadłością, dostajemy jedynie sielankowy obraz z daleka, Witold nie przemawia swoim głosem, słyszymy jedynie zdawkową relację narratorki.

To nie postaci pozytywne są w tej powieści opisywane ze szczegółami. Chodzi głównie o pokazanie pustego świata arystokratycznych elit, w którym uleganie konwenansom, udawanie i teatralna egzaltacja są czymś integralnym i codziennym, a ludzie, którzy cenią pracę i inne wartości - odszczepieńcami, tak jak Witold. Cieplej w powieści od tego świata pustki i obłudy są przedstawiani - słowami głównej bohaterki - ludzie utrzymujący się z pracy rąk własnych, ale z kolei rzadko mówią swoim głosem. Wacława często mówi o słowach ojca, ale właściwie nie są one cytowane, prócz jednego listu.

Mimo tych wszystkich zastrzeżeń "Pamiętnik Wacławy" przeczytałam z zainteresowaniem, ze względu na ciekawe postaci, wątki i sceny, w których przebija talent pisarski Elizy Orzeszkowej.