czwartek, 25 grudnia 2008

Księżna (The Duchess)

Księżna Georgiana Cavendish wiodła ekstrawaganckie, pełne politycznych i miłosnych intryg życie. Już jako szesnastolatka wyróżniała się wśród innych arystokratek urodą i wdziękiem, wzbudzając tym samym zachwyt wszystkich mężczyzn. Udało się jej zwrócić uwagę samego księcia Devonshire. Perspektywa małżeństwa z tak wysoko postawionym człowiekiem i możliwość awansu społecznego, sprawiły że Georgiana odrzuciła zakochanego w niej Charlesa Grey'a. Jednak wbrew jej wyobrażeniu życie u boku Księcia nie przypominało bajki, a młoda Księżna szybko poznała gorzki smak życia na dworze. To historia niezwykłej kobiety, która była uwielbiana i znana z tego, że chciała być wierna swojej namiętności, historia kobiety, która musiała zapłacić za to wysoką cenę.

Georgiana Cavendish z domu Spencer, księżna Devonshire stała się bohaterką książki Amandy Foreman, opartej na jej pracy doktorskiej: "The political life of Georgiana, Duchess of Devonshire, 1757-1806". Na podstawie tej właśnie publikacji Jeffrey Hatcher i Anders Thomas Jensen napisali scenariusz filmu, wyreżyserowanego przez Saula Dibba: "The Duchess" (Księżna). Film opowiada nie tylko o życiu i małżeństwie Georgiany, ale mówi dużo o ówczesnej moralności, w której więcej wolno było mężczyznom niż kobietom.
Świetne kreacje stworzyli w filmie: Keira Knightley (Georgiana Cavendish) , której pod względem aktorskim nie mam tu nic do zarzucenia (to chyba najlepsza jej rola) oraz, jak zawsze świetny, Ralph Fiennes (używa niewiele środków aktorskich, a tworzy wspaniałą artystyczną kreację) - w roli księcia Williama Devonshire, jej męża. Dodatkowo w roli Lady Spencer, matki Georgiany wystąpiła Charlotte Rampling.
Film mimo pięknych zdjęć, w tym kręconych w plenerach i wspaniałych wnętrzach, jest tak naprawdę kameralnym, niemal teatralnym dramatem, w którym rozgrywają się ludzkie losy. Młodziutka (miała wtedy 17 lat) Georgiana jest zachwycona propozycją małżeńską bogatego i wpływowego księcia Devonshire, jednak małżeństwo okazuje się chłodne. Nie ma żadnego porozumienia między książęcą parą, żyją jak dwoje prawie obcych sobie osób, prawie wcale ze sobą nie rozmawiają, kontakty ograniczają się do wymiany zdawkowych słów przy stole i do obowiązków małżeńskich, księciu wydaje się zależeć jedynie na męskim potomku. W dodatku miewa kochanki, w tym jedną, która zostaje z nim na lata... Księżna jest zmuszona akceptować tę sytuację, tym bardziej, że rodzi dziewczynki, a więc nie wypełnia rodowych zobowiązań. W swoim nieszczęśliwym małżeństwie znajduje jednak jakieś radości, m.in. we wspieraniu polityków z partii wigów, co przynosi jej ogromną popularność. W czasie jednego z przyjęć spotyka zakochanego w niej od lat młodego i obiecującego polityka - Charlesa Greysa...
Nie będę opowiadać dalej, żeby nie zepsuć oglądania, mogę tylko powiedzieć, że film mimo pozornego chłodu, porusza i skłania do przemyśleń, nie jest banalną historią miłosną (zresztą akcent realizatorów wcale nie jest na nią postawiony), lecz smutnym dramatem. Cała czwórka, uwikłanych w tę historię, bohaterów, jest w jakiś sposób nieszczęśliwa, nawet książę, który wydaje się okrutny i samolubny, w rzeczywistości jest więźniem swojej pozycji i obowiązków. Tyle, że on jako mężczyzna może pozwolić sobie na więcej, bo więcej mu uchodzi. Księżna musi myśleć o dzieciach, których nie chce stracić.
Kilka scen jest poruszających, mimo niewielu wypowiadanych w nich słów, w tym ta pod koniec, gdy książę prosi Georgianę, by towarzyszyła mu na przyjęciu, a ona po tych wszystkich przeżyciach, decyzjach, szantażu, ultimatum, kładzie mu dłoń na ręce - oboje są więźniami swego tytułu i swego życia, żadne z nich w rzeczywistości nie decyduje o sobie. Oczywiście narzucają się pewne analogie z dziejami księżnej Diany Spencer i jej życia z księciem Karolem (z pewnością te analogie były świadome), ale mi one nie przeszkadzały, gdyż podobne historie z pewnością w tamtych czasach, jak i później, zdarzały się często.
Film bardzo polecam. Świetne aktorstwo, świetne kostiumy i zdjęcia, świetna muzyka. Dawno nie oglądałam tak dobrego kostiumowca.
Zwiastun

sobota, 13 grudnia 2008

Wesołych Świąt

Mój ulubiony bożonarodzeniowy wiersz:

Wigilia

Śniegowe płatki wirują za szybą,
Kto się w nie wpatrzy, ten zobaczyć zdoła,
Jak śnieg się staje drzewem albo rybą,
Twarzą kobiety lub skrzydłem anioła.

Dziś w ciszy świerków rybia cisza będzie,
Ryba zaś ćwierknie, miauknie lub zaszczeka,
Wilk zaskowycze do wtóru kolędzie
I skowyt zabrzmi jak lament człowieka.

A my siądziemy do śnieżystych stołów
I porzucimy słowa nasze wilcze,
Będziemy mówić językiem aniołów
Albo milczeniem archaniołów milczeć.


[Leszek Engelking]


I powtórzę za bohaterem serialu "Grey`s Anatomy": "W święta chcemy być z tymi, których kochamy".
Jest taka kolęda unitariańska "It Came Upon a Midnight Clear" napisana w 1849 roku przez Edmunda Hamiltona. Muzykę do niej zainspirowaną słowami tej kolędy skomponował Richard Storrs Willis dziesięć lat później. Bardzo podoba mi się wersja wykonywana przez Sixpense None The Richer, ze ścieżki dźwiękowej do serialu "Grey`s Anatomy":
http://www.youtube.com/watch?v=G9xQAn1cHwk


It came upon the midnight clear, that glorious song of old
From angels bending near the earth to touch their harps of gold
Peace on the earth, goodwill to men, from heaven's all gracious king
The world in solemn stillness lay to hear the angels sing

Still through the cloven skies they come with peaceful wings unfurl
And still their heavenly music floats, O'er all the weary world.
Above its sad and lowly plains they bend on hovering wing
And ever o'er its Babel sounds the blessed angels sing

O ye, beneath life's crushing load, whose forms are bending low
Who toil along the climbing way with painful steps and slow
Look now for glad and golden hours come swiftly on the wing
O rest beside the weary road and hear the angels sing

For lo the days are hastening on, by prophets seen of old
When with the ever circling years shall come the time foretold
When the new heaven and earth shall own the prince of peace their King
And the whole world send back the song which now the angels sing

niedziela, 26 października 2008

Beau Brummell: This charming man

Beau Brummell był arbitrem męskiej mody w okresie brytyjskiej Regencji (początek XIX wieku) i przyjacielem samego księcia Regenta. Zapoczątkował modę na męskie stroje, które miały być subtelne, ale dopasowane, świetnie skrojone, ozdobione halsztukiem - kawałkiem materiału zawiązanym kunsztownie wokół szyi z przodu koszuli. To on wprowadził modę na nowoczesny męski garnitur, noszony z krawatem. Twierdził, że ubieranie się zabiera mu kilka godzin i że buty poleruje szampanem. Według niego dżentelmen powinien codziennie się kąpać i raz dziennie zmieniać bieliznę, włosy należy myć, a nie smarować brylantyną. Jego styl ubierania był określany jako dandyzm.
W 2006 roku telewizja BBC nakręciła film na podstawie jego życia z główną rolą Jamesa Purefoya w reżyserii Philippy Lowthorpe, scenariusz napisał Simon Bent. Oprócz Purefoya w filmie wystąpili: Hugh Bonneville (książę Regent), Matthew Rhys (Lord Byron), Elliot Levey (krawiec). 85-minutowy film nakręcono w Bath i Wilton.

Film obejrzałam z dużym zainteresowaniem, gdyż mogłam w nim zobaczyć dwóch interesujących aktorów - Purefoya i Bonnevilla. Obaj mnie nie zawiedli. Hugh Bonneville zagrał księcia Regenta z subtelnym humorem i tej roli nie przeszarżował, o co było łatwo w tej sytuacji.
Film zaczyna się sceną codziennej toalety późniejszego arbitra elegancji, który wybiera się z wizytą do pałacu księcia Regenta. Od tego dnia, w którym Beau Brummell doradza księciu Regentowi ubranie się według narzuconego przez siebie wzorca eleganckiego, męskiego ubioru (i porzucenie mocnego makijażu oraz zbyt przeładowanego stroju), jest traktowany przez niego jako przyjaciel. Tym samym staje się wyrocznią mody dla całego "towarzystwa", młodzi mężczyźni proszą o rady dotyczące ubioru, a nawet przychodzą do niego do domu, by zobaczyć, w jaki sposób codziennie przygotowuje się do wyjścia. Drzwi pałacu księcia są zawsze dla niego otwarte, a on sam dzięki tej znajomości może dostawać kredyty - na życie i na kosztowne stroje. Jednak szczęście nigdy nie trwa wiecznie, a trudno żyć cały czas na kredyt. Dobra passa odwraca się, gdy Brummell poznaje Lorda Byrona, który zaczyna go fascynować swoją niepokorną i trochę dziką naturą. Zaczyna wieść hulaszcze życie, jednocześnie zaniedbując swojego możnego protektora i go lekceważąc - książę nie znosi Byrona i ostrzega go przed nim. W końcu miarka się przebiera, Brummell traci łaski księcia, a wkrótce wierzyciele zaczynają się dopominać o swoje. Los Brummella wydaje się przesądzony...
W tym filmie jest kilka ciekawie nakręconych scen, w tym interesująca scena ubierania się ;) - dobrze że do tej roli wybrali właśnie Purefoya :) . Naprawdę warto pochwalić fantastyczną rolę Hugh Bonnevilla. Muszę tu dodać, że Bonneville`a ostatnio widziałam w kilku produkcjach i we wszystkich wypadł świetnie: "Vicar of Dibley", "Daniel Deronda", "Iris", "Bonekickers", "Lost in Austen", "Miss Austen Regrets", no i oczywiście w "Beau Brummell".
W tym ostatnim filmie interesująca jest także muzyka Petera Salema, która na początku wydaje się zbyt nowoczesna, ale dobrze komponuje się z całością. Film warto obejrzeć.

Książę Regent przed przemianą ;)

piątek, 10 października 2008

Kropla słońca (Sunshine)

W ramach przypomnienia filmów już kiedyś obejrzanych (i to z udziałem jednego z moich ulubionych aktorów)...

Historia trzech pokoleń rodziny Sonnenscheinów na Węgrzech, od 1900 roku po dzień dzisiejszy. Akcja skupia się na trzech kolejnych męskich potomkach odtwarzanych przez Ralpha Fiennesa. Ich losy ściśle łączą się z historią. Dotyczą ich związków z kobietami, dróg do kariery i zmagań z własną duszą. Rewolucje, obie wojny światowe, stosunek społeczeństwa do ich pochodzenia... wszystko to ma wpływ na ich życie. Zmieniają nazwisko na bardziej "węgierskie", potem przechodzą na wiarę katolicką, co jednak nie uchroni ich przed najgorszymi doświadczeniami w historii XX wieku.
Reżyseria: Istvan Szabo. Obsada: Ralph Fiennes, William Hurt, Rachel Weisz, Jennifer Ehle, Rosemary Harris.

Wybitny film, jeden z najlepszych w dorobku Ralpha Fiennesa. To z takich dzieł w jego filmowej karierze można być dumnym. Gra tu jednocześnie trzy postacie: dziadka, ojca i syna, bo to film o trzech pokoleniach rodziny żydowskiej. ale wlaściwie wcale nie o tym. To film o miłości, wolności, ironii historii, polityce, odpowiedzialnosci. Film bardzo bogaty w treści. Trudno go opowiedzieć, choć historia wydaje się pozornie prosta, ale losy bohaterów wcale do takich nie należały. Musieli dokonywać wyborów albo raczej historia dokonywała wyboru za nich. Oni się jedynie dostosowywali do warunków, do sytuacji.
To rzecz rownież o tym, że każdy kolejny reżim bierze odwet na kolejnym; ci co byli na szczycie, stają się ofiarami. I tak bez końca: kołowrót historii. Bo losy kolejnych pokoleń, ich wybory też się powtarzały, syn popełniał błędy ojca.
Ralph gra świetnie, wspaniała jest także rola Jennifer Ehle, choć w dalszej części historii zastępuje ją bardzo dobrze dobrana inna, starsza aktorka (zreszta matka Ehle). Babka Valeria jest nicią łączącą wszystkie pokolenia.
Pięknie podsumowuje cały
film list pradziadka czytany na końcu przez jego prawnuka, Ivana.
Film trwa około trzech godzin, ale wcale się nie nuży. Zasługa to scenariusza i świetnej gry aktorskiej.


poniedziałek, 22 września 2008

The Ocean and Me - Sophie Zelmani

W tym miesiącu swoją premierę miała nowa płyta szwedzkiej piosenkarki, Sophie Zelmani. Lubię jej melancholijne, refleksyjne, często smutne piosenki, z dobrym tekstem. Śpiewane delikatnym głosem, z intymną nutą.
Nowa płyta jest w podobnym stylu.
Chyba najbardziej podoba mi się tytułowy utwór "Ocean and Me", ale także "Composing", "Yeah okey", "This room".
Ale w całości to jest muzyka do słuchania i zasłuchania się. Odpoczynek po męczącym dniu. Chwila dla siebie.

Cały album w krótkich fragmentach można posłuchać na youtube:

"THE OCEAN AND ME" It’s the ocean and me
We’re the ones to be I always fall asleep Beside the sea And we’ve got a certain way How it wakes me every day I never know though With what kind of wave And you know about oceans How brutally it can rush Drown you, or calmly caress you With a gentle touch Sometimes I bring my boat And I believe it’ll let me float It’s just that I’m so often Returning soaked The ocean has you Has the waves of you And I have never felt a sea So blue

"THIS ROOM" In this room There’s a man with a heart That I can understand He believes in God and that he Will be back again In this room there is love You can always come here To feel it again But if someone leaves You desperately Wish them back again In this room there’s a girl Here is she happy with her pain She believes in something else But at least She will fall again Just a little bit away from home Is this room In this room there’s a soul That is pouring you your wine And it plays to you the music That will make you stick around In this room there is piece I see angels all around I believe it in so much I am the last one To be around Just a little bit away from home Is this room Just a little bit away from home

"This Room" w całości na youtube (internet to potęga ;) : "Composing":
Można tylko żałować, że u nas jej płyty są trudno dostępne, a czasem poszczególne piosenki pojawiają się tylko na składankach, choćby takiej jak : "W kobiecym stylu" lub "All Night Love".

sobota, 13 września 2008

Wichrowe wzgórza (po włosku) - Cime tempestose

Akcja rozgrywa się ona na przełomie XVIII i XIX wieku w Wichrowych Wzgórzach i Drozdowym Gnieździe. Wichrowe Wzgórza ("Wuthering Heights") to posiadłość Earnshawów, natomiast Drozdowe Gniazdo (ang. Thrushcross Grange) - zamożnej rodziny Lintonów. Stary Earnshaw, będąc w Liverpoolu, spotyka i przygarnia małego cygańskiego przybłędę, któremu nadaje imię Heathcliff. Cathy (Catherine) jest natomiast córką Earnshawa. Po początkowej niechęci, Cathy - córka pana Earnshawa, bardzo przywiązuje się do małego znajdy. Jednak młody panicz Earnshaw i spadkobierca Wichrowych Wzgórz, nienawidzi "przybłędy". Dlatego też po śmierci swojego dobroczyńcy Heathcliff doznaje wielu upokorzeń ze strony przybranego brata. Jednocześnie rodzi się miłość pomiędzy Hethcliffem a Cathy. Uczucie, które później okazuje się niszczycielską siłą.

"Wichrowe wzgórza" to powieść jednej ze słynnych sióstr Bronte - Emily, zresztą to jedyna napisana przez nią powieść (sama Emily była osobą nieco tajemniczą, zamkniętą w sobie). Była już ekranizowana kilkakrotnie, w tym najsłynniejsza z adaptacji pochodzi z 1992 r. W rolę demonicznego Heathcliffa wcielił się wówczas Ralph Fiennes i stworzył tak przejmującą i zapadającą w pamięć kreację, że można by powiedzieć, że Heathcliff ma twarz Ralpha Fiennesa. Cathy zagrała wtedy Juliette Binoche.
Z pewnością trudno rywalizować z tą świetną i klasyczną już dziś ekranizacją, jednak pokusili się o to Włosi, którzy przerobili powieść Bronte, osadzili ją w zimowym i skalistym krajobrazie (zamiast dzikim, wrzosowo-bagiennym krajobrazie Yorkshire w północno-zachodniej Anglii), a w głównej roli obsadzili swoją gwiazdę - Alessio Boni, znaną z bardzo dobrej roli Andrieja Bołkońskiego w "Wojnie i Pokoju" 2007.
Nie jest to więc wierna adaptacja, zmian jest bardzo wiele, począwszy od imion bohaterów - zamiast Hindleya jest Ivory. Nie ma postaci Haretona (Ivory nie żeni się), ani syna Izabeli. Pokazano, że Heathcliff po wyjeździe z Wichrowych Wzgórz zaciągnął się na statek, potem stał się palaczem opium. Jednak jego postać w tym ujęciu wydaje się postacią skrzywdzoną i nieszczęśliwą aż do końca, a winną jest Cathy, która odrzuciła jego miłość i szukając wygody i lepszego życia wyszła za mąż za innego. Jedyna zemsta Heathcliffa to jego ślub z Isabellą, która jednak po śmierci Cathy go opuszcza.
Alessio przekonująca gra tą postać, jednak daleko mu do niezapomnianej kreacji Fiennesa. Mnie szczególnie nie podobała się fryzura włoskiego aktora - niesforna splątana grzywa włosów, najlepiej wyglądał w scenie, w której przypominał Andrieja Bołkońskiego - Alessio ma w niej ściągnięte do tyłu włosy, bokobrody i jest ubrany w czarny plaszcz, a pod spodem białą koszulę.
Dobrze w roli Cathy wypadła śliczna Anita Caprioli, dobrze oddała miotające ją uczucia - miłość do Heathcliffa i tęsknotę za nim, a jednocześnie obawę przed wspólnym życiem w ubóstwie. Reszta obsady wypadła dość blado, zwłaszcza Linton.
Drażnią z pewnością pewne rozwiązania akcji - od kiedy to wrzosowiska są tak pokryte śniegiem, jak wrzos może rosnąć na ośnieżonych skałach?
Szkoda, że okrojono spory materiał z książki i stworzono dość melodramatyczną historię, bardziej o zawiedzionej miłości niż o pełnej sprzeczności naturze ludzkiej, oraz grze miłości i nienawiści.
W postaci granej przez Alessio widać jednak dramat człowieka, który poniżany w dzieciństwie zyskał, a potem utracił swoją jedyną miłość i sens życia. Chyba najbardziej podobała mi się scena, kiedy Heathcliff trzyma Cathy w ramionach i krzyczy, żeby nikt jej nie ważył się dotknąć, bo teraz po śmierci ona już należy tylko do niego.

niedziela, 24 sierpnia 2008

Cesarzowa i Gejsza

Te filmy oglądałam jakiś czas temu, ale warto o nich wspomnieć

Cesarzowa (Curse of the Golden Flower)
Historia pięknej, silnej, władczej kobiety, cesarzowej potężnego imperium z czasow dynastii Tang. Za murami Zakazanego Miasta skrywane są największe sekrety. Nękane wojnami cesarstwo chyli się ku upadkowi. Pomiędzy miłością i pożądaniem, wśród intryg i brutalnej gry rozpoczyna się walka o władzę. [..] W przeddzień chińskiego święta Chong Yang, do wypełnionego chryzantemami cesarskiego pałacu, wraca niespodziewanie cesarz z drugim synem. Zbliża się czas wyboru następcy tronu…
Proszę nie zrażać się scenami walki, tak naprawdę pojawiają się w drugiej części filmu, choć są naprawdę imponujace i zapierają dech w piersiach - fantastyczne sceny zbiorowe! Pojedynczy czlowiek wydaje się małą mróweczka w tej potężnej machinie. Ale ten film jest w istocie raczej kameralną tragedią antyczną czy dramatem szekspirowskim. Rzecz dotyczny bowiem żądzy władzy, miłości i lojalności - a bohaterami jest mała grupka osób. Tak lubiany przeze mnie Chow Yun-Fat (grał m.in. w "Annie i królu") tutaj nie daje się lubić. Widz stoi po stronie cesarzowej (w tej roli Li Long - znana z "Wyznań Gejszy"). Film został zrobiony z prawdziwym przepychem - wnętrza, kolory, bajeczne kostiumy, codzienny rytuał na dworze, sceny zbiorowe - to wszystko potrafi oszołomić. Ponieważ interesuję się od lat kulturą chińską, ogladałam "Cesarzową" z niekłamaną przyjemnością.
Na pewno jeszcze większe wrażenie zrobiłby na mnie ten obraz, gdybym ogladała go w kinie.














------------------------------------------------------------------------
"Wyznania Gejszy" (Memoirs of a Geisha)
Mała Chiyo trafia do domu gejsz, gdzie od samego początku ma bardzo dużo obowiązków. Na domiar złego reprezentacyjna gejsza Hatsumomo postanawia upokorzyć dziewczynkę, obawiając się jej, jako przyszłej rywalki. Chiyo marzy jedynie o tym, aby odnaleźć swoją siostrę i uciec z tego wrogiego otoczenia. W końcu dziewczynka ucieka, jednak kończy się to dla niej kontuzją i straceniem wszelkich szans na zostanie gejszą. Od tej pory ma być jedynie posługaczką, co oczywiście bardzo cieszy Hatsumomo. Pewnego dnia upokorzona i zapłakana Chiyo spotyka na swej drodze Przewodniczacego, który zwraca na nią uwagę. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy z tego, że dzięki temu człowiekowi jej życie może się odmienić. Jednak to spotkanie zmienia jej spojrzenie na świat, dlatego sama postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i skorzystać z każdej szansy na zostanie gejszą. Pomocną dłoń wyciąga do niej bardzo sławna Mameha. To właśnie dzięki niej Chiyo wkrótce stanie się kimś innym i przybierze piękne imię Sayuri...
Film bardzo interesujący, pokazuje egzotyczny dla nas świat gejsz i ich smutnego życia. A jednak to przede wszystkim film o miłości, ktora potrafi motywować i trwać całe życie, pomimo różnych przeciwności losu.
Książki nie czytałam, więc trudno mi powiedzieć, czy to dobra ekranizacja.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Rodzina Połanieckich - polski film kostiumowy

Pełna ciepła i liryzmu miłosna historia, a w tle ziemiańskie dworki i Warszawa końca XIX wieku. Realistyczny obraz miłości wielkiej, ale trudnej. Opowieść o tradycji i przywiązaniu do rodzinnych stron, godności i honorze, utrzymana w nastrojowo- refleksyjnym klimacie.
W Polsce nie kręci się zbyt wielu filmów kostiumowych, a właściwie w ostatnich latach nie kręci się ich wcale. Bum na podobne produkcje nastąpił w latach 70., kiedy to powstało kilka z nich, a wśród nich "Rodzina Połanieckich" - ekranizacja powieści noblisty, Henryka Sienkiewicza, o czym przypomina czołówka serialu. Powieść powstała w 1895 roku, nie jest co prawda arcydziełem, ale film jest moim zdaniem jednym z najlepszych polskich filmów kostiumowych, na równi z ekranizacją "Lalki" wg powieści Bolesława Prusa. Trudno oczywiście porównywać polskie dokonania z dorobkiem telewizji BBC, która specjalizuje się m.in. w produkcji kostiumowców, jednak zaletą naszych produkcji jest to, że opowiadają o XIX wieku i mówią o polskich problemach, przybliżając tamte czasy lepiej, niż rzadko czytana obecnie ówczesna literatura.
"Rodzina Połanieckich" ma to czego można się spodziewać po filmach kostiumowych: dobrą scenografię, świetną obsadę, plenery i wnętrza oraz ciekawą fabułę z wyeksponowanym wątkiem miłosnym. Czego więcej trzeba? Oczywiście film z perspektywy lat nie prezentuje się tak dobrze, jak by się chciało, bo na tego typu produkcje potrzeba dużych nakładów finansowych, a wiadomo, że budżet nie mógł być ogromny (choć myślę, że i tak był spory), więc nasze Karkonosze musiały grać Szwajcarię, ale za to część zdjęć była kręcona w Wenecji. W filmie wykorzystano także otoczenie dworku i sam dworek w Łękach Kościelnych (Krzemień), pałac Poznańskich i Pałac Ewalda Kerna w Łodzi, Walewice, Łazienki Warszawskie, Stare i Nowe Miasto oraz Mariensztat.
Obsada filmu jest znakomita, wystarczy wspomnieć, że główne role zagrali i niezapomniane postacie wykreowali: Anna Nehrebecka, Andrzej May, Jan Englert, Czesław Wołłejko (uwielbiam go, także za tę rolę), Andrzej Seweryn, Anna Milewska, Andrzej Chrzanowski, Ewa Szykulska. Świetna jest muzyka, którą skomponował Wojciech Kilar. Film nie jest oczywiście pozbawiony wad, ale mimo wszystko, moim zdaniem, to jeden z najlepszych polskich filmów kostiumowych i właściwie mój ulubiony.
"Rodzina Połanieckich" to historia miłości Stanisława Połanieckiego i pięknej Maryni Pławickiej, osadzona w sc enerii ziemiańskich dworków i Warszawy z końca XIX wieku. Ten 7-odcinkowy serial ma w sobie to, co w filmach lubię: to nastrojowa, nawet nieco sentymentalna opowieść z happy endem. Ale w środku są pewne niewesołe konkluzje, przemyślenia o życiu i miłości, a także narodowym charakterze Polaków, choć czasem podawane wprost z ekranu ustami bohaterów. To jednak przede wszystkim historia o miłości, zdradzie, wybaczaniu, zazdrości i małżeństwie. I szukaniu podstawowych wartości i podstawowych prawd. Opowieść o rodzinie i jej stawaniu się. I szukaniu swojego miejsca na ziemi.

Jest wiosna 1893 ro ku. Trzydziestoparoletni Stanisław Połaniecki, wywodzący się z zamożnej rodziny ziemiańskiej, po studiach za granicą zajął się działalnością kupiecką. Pragnie jako współwłaściciel Domu Bankowo - Handlowego rozszerzyć jego działalność, ale do tego potrzebny jest kapitał. Połaniecki postanawia odebrać zastaw kilkudziesięciu tysięcy rubli na hipotece majątku Krzemień, który należy do jego dalekiego krewnego, pana Pławickiego, gospodarującego tam z córką. Połaniecki poznaje Marynię, do małżeństwa z którą usilnie namawia Stacha zaprzyjaźniona z obojgiem Emilia. Pierwszy dzień wizyty upływa w rodzinnej atmosferze - Połaniecki ulega urokowi Maryni, ona także nie pozostaje obojętna. Jednak sprawy finansowe nie zostają załatwione pozytywnie: Pławicki nie ma pieniędzy na spłatę długu i odprawia krewniaka z kwitkiem. Stach wyjeżdża rozdrażniony i zły, postanawiając odstąpić sumę na hipotece Krzemienia...
Tak zaczyna się cała historia. Miłość zmienia się w nienawiść, trzeba czasu, żeby to się zmieniło, a i później nie będzie łatwo.
Ten główny wątek jest otoczony wieloma pobocznymi, które mają wpływ na ten główny: jest więc m.in. historia chorego na serce dziecka - dziewczynki Litki i jej matki, zakochanego w pani Emilii dekadenta Bukackiego, adwokata Maszki, który nieudolnie próbuje robić interesy, młodego poety Zawiłowskiego oraz pozornie szczęśliwego małżeństwa, które przeżywa głęboki kryzys.
Przy tym są wzmianki o ówczesnych wynalazkach: telefonie Bella, podróżach balonem, nowego rodzaju transakcjach handlowych. Są także polowania, pojedynki, kuligi, wyścigi konne. To wszystko nadaje filmowi klimat epoki.
Kiedyś bardzo podobała mi się postać pana Stacha czyli Stanisława Połanieckiego, teraz patrzę już na nią bardziej krytycznie, ale nie da się ukryć, że dalej darzę ją pewnym sentymentem. Może dlatego, że Andrzej May obdarzył ją pewnym naturalnym ciepłem. Bardzo lubię postać pana Pławickiego - w tej roli niezapomniany Czesław Wołłejko, po prostu mistrzostwo! Lubię także postać Bigiela, wspólnika Połanieckiego (w tej roli Andrzej Chrzanowski), który znakomicie łączy interesy z życiem prywatnym, mimo posiadania wielodzietnej rodziny. Świetne aktorsko postacie stworzyli także Jan Englert (Maszko) i Andrzej Seweryn (Bukacki).
Ale właściwie wszyscy są tu znakomici, nawet w epizodach.
Film widziałam wielokrotnie, niektóre dialogi znam już na pamięć.
Cieszę się, że w tym roku serial wyszedł na DVD, bo wreszcie mam go na własność i w lepszej jakości niż na zdartej kasecie VHS.



poniedziałek, 23 czerwca 2008

Grey`s Anatomy (Chirurdzy)

Amerykański serial telewizyjny nadawany przez telewizję ABC od 2005 roku. Opowiada o życiu zawodowym i prywatnym grupy młodych lekarzy, pracujących na oddziale chirurgii w jednym ze szpitali w Seattle. Główną postacią jest dr Meredith Grey. Nazwa serialu jest aluzją do jej nazwiska oraz podręcznika do anatomii "Gray's Anatomy". W głównych rolach występują: Ellen Pompeo (Meredith Grey), Katherine Heigl (Izzie Stevens), Justin Chambers (Alex Karev), Sandra Oh (Crisina Yang), TR Knight (George O`Malley), Izaiah Washington (Preston Burke), Patrick Dempsey (Derek Shepherd), Chandra Wilson (Miranda Bailey), potem do obsady dołączyła m.in Kate Welch (Addison Shepherd), Sara Ramirez (Caillie Torres), Eric Dane (Mark Sloan).
Ten serial jest naprawdę świetny. 4 sezony obejrzałam za jednym zamachem i nie mogłam się oderwać. Jest wciągający. Wiele w nim jest smutku i dramatycznych wydarzeń, jak to w świecie zdrowia, choroby i śmierci, ale jednocześnie sporo jest humoru, czasem nieoczekiwanego i jakby na przekór tragicznym wydarzeniom. No i oczywiście są wątki romansowe, które dodatkowo napędzają akcję. Głównym narratorem jest Meredith Grey, która trafia jako stażystka do szpitala w Seattle wraz z kilkoma innymi kandydatami na przyszłych chirurgów. Muszą oni się wiele nauczyć, są wystawiani na próby, a dodatkowo nie są wolni od problemów osobistych, bo w szpitalu życie zawodowe miesza się z prywatnym, tym bardziej że zarówno Meredith jak i Cristina związują się z lekarzami-rezydentami czyli swoimi zawodowymi nauczycielami, co stanowi ryzyko w odniesieniu do ich chirurgicznej kariery.
Meredith jest córką swojej sławnej matki- chirurga, która obecnie cierpi na Alzheimera (Meredith ukrywa ten fakt przed kolegami), w dodatku jest poraniona psychicznie ze względu na relacje łączące jej rodziców i stosunek do niej wymagającej i zimnej matki. Trudno jest jej nawiązywać normalne relacje z ludźmi, zwłaszcza z mężczyznami, bo boi się zaangażowania i porzucenia. Jednak od chwili poznania dr. Dereka Shepherda coś się zaczyna zmieniać, ale droga do dojrzałości psychicznej i poradzenia sobie z przeszłością jest bardzo daleka.
Mnie w tym filmie bardzo podoba się jego realizacja, tempo akcji, mieszanka humoru, smutku i wzruszenia (przyznaję, że kilkakrotnie miałam łzy w oczach), interesujące postaci, a zwłaszcza wątki miłosne, w tym przede wszystkim miłość Meredith i Dereka, która stanowi clue historii. Derek jest jak dla mnie mężczyzną idealnym - prawdziwym McDreamym (to jego ksywka wymyślona przez Cristinę). Wzrusza mnie jego cierpliwa, pełna wyrozumiałości, ale nie pozbawiona zawirowań miłość do trudnej dziewczyny, która boryka się z osobistymi problemami. Derek (Patrick Dempsey) ma to co mi się bardzo podoba u mężczyzn: ładny, ujmujący uśmiech, delikatny i ciepły oraz uspokajający i jednocześnie kuszący głos. Derek bardzo mi się podoba ... i dzięki temu też tak polubiłam ten serial. Sceny miłosne Meredith i Dereka są naprawdę ładne. Podobnie jak zapadające w pamięć są wszelkie dramatyczne wydarzenia, zwłaszcza te, w których życie Meredith jest zagrożone, a Derek okazuje niepokój, a także te, w których wyznaje jej miłość - jak on to robi! Nie razi mnie to, że jest wrażliwy, wzruszają mnie bardzo jego wilgotne czasem smutne oczy. Przy jego urodzie to nadaje mu dodatkowego uroku. I wcale nie powoduje, że wydaje się niemęski. Podoba mi się jego opiekuńczość, troska i wytrwałość.
Warto oczywiście wspomnieć o pozostałych bohaterach: ślicznej Izzie Stevens, tu zwłaszcza jej dramatycznej walce o życie ukochanego (pacjenta czekającego na przeszczep serca), niesamowitej, ale i dziwnej Cristinie Yang i jej niekonwencjonalnym związku z chirurgiem Prestonem Burkem; Alexie Karev, który pod maską twardziela kryje czułe serce (zwłaszcza to widać gdy zajmuje się położnictwem i noworodkami), o zabawnym, nieco fajtłapowatym George`u, a wreszcie o doktor Bailey - czyli Nazi, która pełni funkcję opiekuna niesfornych stażystów, a czasem i rezydentów. Od drugiego sezonu pojawił się w serialu także Mark Sloan - były przyjaciel Dereka - przystojny chirurg plastyczny, który flirtuje z pielęgniarkami, oraz ginekolog-położnik - dr. Addison Shepherd - niewierna żona Dereka.
Z 4 sezonów tego serialu chyba najbardziej udany jest drugi, ze względu na obsadę i scenariuszowe pomysły. Fantastyczny i klimatyczny jest odcinek kończący serię 2. Bardzo podobał mi się finał tej serii, a zwłaszcza scena w pokoju badań ;) no i oczywiście zakończenie wątku Denny`ego Duquette. Od trzeciej serii realizatorzy zaczęli już trochę przesadzać z romansami (zwłaszcza nieudany jest wątek Izzie-George i Alex- Ava), no i starali się możliwie najbardziej udramatyzować relacje Mer-Der, żeby utrzymać napięcie i niepokój w tym związku. Interesujący był także wątek miłosny Burke-Cristina, szkoda, że realizatorzy zdecydowali się w go przerwać.
Zakończenie 4 sezonu dobrze rokuje na przyszłość, bo pokazuje, że warto się starać, że warto walczyć o uczucie, warto walczyć z własną przeszłością i psychicznymi ranami. To naprawdę optymistyczne.
Bardzo dobra jest ścieżka dźwiękowa filmu, muzyka współgra z akcją, a często ją znakomicie ilustruje. Bardzo udane są soundtracki. Serial jest na znakomitym poziomie.
Oczywiście czekam na serię 5.

poniedziałek, 12 maja 2008

Ostatnie lato (Up at the Villa)

"Up at the Villa" to jedna z mniej znanych powieści brytyjskiego pisarza Williama Somerseta Maughama, autora "Malowanego welonu". Ukazała się w Polsce pod znaczącym tytułem "Dar jednej nocy", bo faktycznie ta jedna noc w życiu głównej bohaterki jest brzemienna w skutkach.
Rok 1938. Po śmierci męża Angielka Mary Panton, przyzwyczajona do wystawnego życia, popada w duże kłopoty finansowe. Podczas wakacji, które wdowa spędza w luksusowej posiadłości swoich krewnych w okolicach Florencji, zakochuje się w niej bogaty lecz starszy dyplomata, sir Edgar Swift. Wkrótce prosi ją o rękę. Mary waha się, czy przyjąć jego oświadczyny. Z jednej strony chce zapewnić sobie wygody, do których przywykła, lecz z drugiej nie jest pewna, czy chce ponownie wyjść za mąż. Prosi więc mężczyznę o kilka dni do namysłu.
W rolach głównych: Kristin Scott Thomas - Mary Panton, Sean Penn - Rowley Flint, Anne Bancroft - Księżna San Ferdinando, James Fox - Sir Edgar Swift, Jeremy Davies - Karl Richter, Massimo Ghini - Beppino Leopardi, Derek Jacobi - Lucky Leadbetter. Film wyreżyserował w 200 roku Philip Haas (twórca obrazu "Anioły i Owady").

Ten film jest trochę jakby dramatem scenicznym, romansem-kryminałem, i to interesującym. Z głównym trójkątem, a właściwie czworokątem, w którym jest ona oraz czterech mężczyzn - ten starszy i dobrze sytuowany, ktory jej się oświadcza i którego propozycję małzeństwa rozważa; ten młody i biedny emigrant, nad którym się lituje, nie zastanawiając się nad konsekwencjami swego czynu; ten u władzy (szef faszystowskiej policji) i przez to groźny, ktorego się trochę obawia; i ten lekkomyślny, żonaty, ktory ją fascynuje i przyciąga.
Tego ostatniego (Rowleya Flinta) gra Sean Penn, który może nie powala męską urodą, ale postać grana przez niego jest nieco intrygująca, z tym bezczelnym, szelmowskim, nieco drwiącym uśmiechem, przez co trudno jego bohaterowi zaufać.
Główna postać kobieca, grana przez piękną i tajemniczą Kristin Scott-Thomas, popełnia pewnej nocy kilka błędów - odrzuca tego, do którego ją coś ciągnie, a pod wpływem impulsu spędza noc z nieznajomym, co okazuje się zgubne w skutkach. Po pomoc zwraca się jednak do tego, do którego mimo wszystko ma zaufanie. Oboje znajdują się w trudnej sytuacji, tym bardziej, że w tle jak złowróżbny cień jawi się postać faszystowskiego szefa policji, który tylko czeka na potknięcie Rowleya Flinta. Przy tym jej czyn może zaważyć na karierze jej konkurenta - brytyjskiego arystokraty i gubernatora Bengalli, którego ofertę matrymonialną miała zamiar przyjąć.
Mary musi podjąć życiową decyzję, choć właściwie nie wiadomo czy ona zapewni jej szczęście, ale właściwie niewiele ma już do stracenia, a wiele do zyskania.
Trochę ten film więcej obiecuje na początku, być może przez grę Seana Penna, którego bohater wydaje się prowadzić podwójne życie. A może po prostu czegoś mu brakuje? W każdym razie czułam na końcu lekki niedosyt.
Akcja toczy się w 1938 r. a więc w przededniu II wojny światowej, więc przerażające jest to widmo przyszłości w postaci włoskich faszystów.
W drugoplanowej roli zagrali Derek Jacobi (czyli "Ja, Klaudiusz") oraz Anne Bancroft, która stworzyła ciekawą postać podstarzałej hrabiny.
To kolejny film według prozy Williama Somerseta Maughama, ktory mi się podobał, widać odpowiada mi jego proza.

niedziela, 11 maja 2008

Nyfes (Narzeczone)

Umiejscowiona w 1922 roku historia narzeczonej na zamówienie, jednej z 700 na pokładzie statku SS King Alexander płynącego z Grecji do Nowego Jorku. W trakcie rejsu zakochuje się ona w amerykańskim fotografie.
Film w reżyserii Pantelisa Voulgarisa. W rolach głównych: Damian Lewis (Norman), Victoria Haralabidou (Niki), Evi Saoulidou (Haro), Steven Berkoff (Karaboulat).

Amerykański fotograf Norman fotografuje ofiary wojny grecko-tureckiej . Zwraca uwagę na to co inni pomijają, skupia się na ważnych i symbolicznych szczegółach, jednak jego praca nie jest doceniana przez zatrudniającą go gazetę, ktora go zwalnia. Rozczarowany porażką sprzedaje aparat i ma zamiar wrócić do domu. Tym samym statkiem podróżują do Ameryki młode dziewczęta z różnych krajów, które są narzeczonymi z ogłoszenia. W Ameryce czekają na nich znani im jedynie z fotografii przyszli mężowie. Dziewczęta właściwie jadą w nieznane, nie wiedzą jak im będzie na obcej ziemi i czy znajdą tam szczęście, jednak nie mają innego wyjścia. W rodzinnych wioskach nie ma dla nich przyszłości, a te kontraktowe małżeństwa są jakąś szansą. Wśród Greczynek jest Niki Douka z Samotraki, którą dostrzega natychmiast Norman. Zalety Niki sprawiają, że Norman zakochuje się w dziewczynie, jednak ona jest przeznaczona innemu ....
Przede wszystkim spodobała mi się w tym filmie postać Niki Douka (Victoria Haralabidou). Pełna godności, spokojna, dumna, zdecydowana pojść drogą obowiązku. Ale tak naprawdę najbardziej urzekły mnie chyba wszystkie sceny zbiorowe, w których widać te młode dziewczyny (Greczynki, Turczynki, Rosjanki), które jadą do Ameryki szukać swego szczęścia. I jak zwykle w takich przypadkach znajdą się także ci, którzy taką sytuację wykorzystują. Nie wiem czemu te Rosjanki, jak Yelena, bez mrugnięcia okiem zgadzały się na to, by dać się tak wykorzystać Karaboulatowi?
Podkreślone jest także oddalenie I klasy, która bawi się beztrosko, od III klasy, w ktorej siedzą stłoczone te biedne dziewczyny, nieznające swego losu... A jednak nie jest to do końca smutne, bo w zakończeniu one z radością przybiegają do tych nieznanych sobie narzeczonych, z radością przez nich witane, tak jakby się wspólnie odnaleźli.
Piękna jest scena fotografowania tych wszystkich kobiet w ślubnych welonach. I także ta, w której Norman fotografuje Niki - zarzucenie przez nią welonu na aparat bardzo ładne i symboliczne... Jednak bardziej podobały mi się ich wcześniejsze rozmowy i spotkania bez słów, niż wzajemne wyznanie uczuć, które nie wiem czemu, ale wydało mi się zbyt histeryczne ...
Piękna jest scena, w której Niki stoi z godnością przed przyszłym mężem i pokazuje mu siwe włosy - to scena, ktora wywołała moje wzruszenie.
Sam film oczywiście jest pięknie sfilmowany, dobra jest muzyka, sporo symboliki. Damian Lewis sprawdził się w tej roli, choć nie jest bardzo przystojny i nie ma zbyt przyjemnego głosu ...
Nie wiem, czy odpowiada mi samo zakończenie - to tak jakby wykorzystał jej zdjęcie, jej historię...
Film obejrzałam z dużą przyjemnością. I mogę go z czystym sumieniem polecić.

Ważna linijka z filmu: Karą nie jest pamiętać kogoś kogo się kocha. Karą jest o nim zapomnieć.

niedziela, 4 maja 2008

Ingrid Michaelson

Moje nowe muzyczne odkrycie to 29-letnia piosenkarka amerykańska Ingrid Michaelson. Ma 29 lat. Nagrała zaledwie dwie płyty: "Slow the Rain"(2005) oraz "Boys and Girls" (2006), ale jej utwory były wykorzystane w kilku filmach, m.in. w "Grey`s Anatomy" (Chirurdzy).
Właśnie z tego filmu, (niestety jeszcze go nie widziałam), pochodzi jej piosenka "Keep Breathing", która nie została umieszczona na jej płycie, a jedynie na singlu i na soundtracku serialu, a została wykorzystana w sześciominutowym finale trzeciej serii, obejrzanym przez ponad 25 mln widzów.

Keep Breathing:
The storm is coming but I don't mind.
People are dying, I close my blinds. All that i know is I'm breathing now. I want to change the world...instead I sleep.
I want to believe in more than you and me. But all that I know is I'm breathing.
All i can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing now. All that I know is I'm breathing.
All I can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing now. All we can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing.
All we can do is keep breathing now.
Bardzo podoba mi się także utwór: "Corner of Your Heart":
There's a corner of your heart for me.
There's a corner of your heart just for me.
I will pack my bags just to stay in the corner of your heart.
Just to stay in the corner of your heart. There is room beneath your bed for me.
There is room beneath your bed just for me.
I will leave this town just to sleep underneath your bed.
Just to sleep underneath your bed. There's one minute of your day.
There's one minute of your day.
I will leave this man just to occupy one minute of your day.
Just to occupy one minute of your day. Just to sleep underneath your bed. Just to stay in the corner of you heart.

czwartek, 1 maja 2008

P.S. I Love You (P.S. Kocham Cię)

Do tego filmu podchodziłam ze sporym sceptycyzmem. Ze względu na tematykę i obecność Gerry`ego Butlera, który do tej pory jakoś mnie nie powalał swoją grą czy urodą. Jednak po obejrzeniu całości zupełnie nie żałuję, że film obejrzałam. Naprawdę mi się podobało.

Gerry (Gerard Butler) i Holly (Hilary Swank) są młodym idealnie dopasowanym, jakby stworzonym dla siebie małżeństwem. Mimo tego że żyją dość skromnie to jedyne czego im brakuje do pełni szczęścia jest dziecko. Ich piękne plany pękają jednak jak bańka mydlana w wyniku tragicznej, niespodziewanej śmierci Gerrego. Pasmo cierpień zostaje przerwane gdy Holly ku swojemu zdziwieniu znajduje w skrzynce list podpisany ręką Gerrego. Okazuje się że jest to dopiero pierwszy, z pośród dwunastu przychodzących regularnie co miesiąc listów....

Rzadko kiedy filmy wywołują we mnie wzruszenie, a tu tak było. Po radosnej czołówce ze scenami miłosnej kłótni, widz staje przed faktem, że ten pełen życia mąż Holly nie żyje, a ona zostaje sama i musi żyć z poczuciem straty i miłością, której już nie ma komu okazać. Gerry próbuje swoimi przesyłanymi w pewnych odstępach czasu listami pomóc jej wziąć się w garść i żyć na nowo, ale wydaje się, że one pogłębiają jedynie jej tęsknotę i że nie może zapomnieć o mężu, który wciąż jest w jej myślach i że nie potrafi być z kimś innym.
Film na szczęście nie upraszcza całego smutku, ani nie pokazuje zbyt łatwych rozwiązań. Obawiałam się zwłaszcza zakończenia, ale okazało się, że było do pewnego stopnia zadowalające.
Myślę, że źródłem mojego wzruszenia była wyobraźnia - nietrudno się postawić w sytuacji kobiety, która straciła męża czy ukochanego, a teraz idealizuje go w swych wspomnieniach, bo bez wątpienia obraz męża, którego już przy niej nie ma, wydaje się zbyt nierzeczywisty, prawie bajkowy. Musi upłynąć sporo czasu, zanim Holly pogodzi się ze stratą kochanej osoby i rozpocznie nowe życie.
Jest w tym filmie mieszanka humoru i nastroju. I muzyka, która dobrze ilustruje akcję. I Irlandia, która wydaje się wyśnioną krainą, w której można znaleźć szczęście.
Podobała mi się Hilary Swank w roli Holly, nieźle wypadł Harry Connick Jr. A także jej przyjaciółki, zwlaszcza Lisa Kudrow jako Denise. Zwróciłam również uwagę na przyjaciela Gerry`ego - Williama - w tej roli Jeffrey Dean Morgan.

niedziela, 6 kwietnia 2008

Muskając aksamit (Tipping the Velvet)

"Muskając aksamit" (Tipping the Velvet) to trzyodcinkowy miniserial nakręcony przez BBC, według powieści Sarah Waters i scenariusza Andrew Daviesa, mistrza filmów kostiumowych.
Tę ekranizację postanowiłam obejrzeć dla Hugh Bonneville`a, który w zasadzie ma tu epizodyczną, ale bardzo sympatyczną rolę i pojawia się dopiero w trzecim odcinku. Ale film mnie na tyle wciągnął, że oglądałam go z dużym zainteresowaniem.

Opowiada historię Nancy Astley (Rachael Stirling), młodej dziewczyny, która pracuje jako kucharka w nadmorskiej restauracji swojego ojca, ale tylko do czasu, kiedy poznaje Kitty Butler (Keeley Hawes). Kitty śpiewa w przebraniu męskim w teatrze. Pod wpływem uczuć jakie Nancy odkrywa w sobie w stosunku do Kitty, młoda panienka Astley przechodzi całkowitą transformację i zaczyna swoją siedmioletnią podróż w odkrywaniu siebie.

Film ma świetną obsadę kobiecą. W głównych rolach wystąpiły: Rachael Stirling, Keeley Hawes, Jodhi May, Anna Chancellor, Sally Hawkins.
Akcja dzieje się w wiktoriańskiej Anglii, w latach 80. Młoda dziewczyna "od ostryg" zostaje oczarowana i niejako uwiedziona przez piosenkarkę rewiową Kitty Butler, która występuje w męskim przebraniu. Nan ją podziwia, chodzi na jej występy, podoba jej się jej sposób ubierania, jej swoboda, i chce być przy niej. Z czasem kobiety zaczynają na scenie występować razem, odgrywając parę kumpli. Oczywiście wszystko to jest podszyte dwuznacznością, a ich występy cieszą się dużym wzięciem wśród widzów. Kobiety zostają kochankami...
Nie będę opowiadać fabuły, żeby nie odbierać przyjemności oglądania, w każdym razie młodziutka Nan stopniowo dojrzewa, jej koleje losu są zmienne, poznaje smak miłości, zdrady, musi pracować na swoje utrzymanie, wykorzystując swój męski image.

Ekranizacja jest naprawdę dobrze zrobiona, widać rękę Daviesa i BBC. Oczywiście są sceny miłosne (podobno aktorki, żeby je zagrać, musiały znieczulić się alkoholem), są sceny nieco perwersyjne (gł. w drugim odcinku). Są głębokie uczucia, rozczarowania i dramaty miłosne. Ale całe szczęście to wszystko jest okraszone humorem, przez co nie jest ani zbyt patetycznie, ani zbyt melodramatycznie i nie nazbyt perwersyjnie, choć chwilami pikantnie....

Wiele scen w tym filmie jest bardzo dobrych, zapadają w pamięć, np scena z różą czy pierwsza rozmowa Kitty z Nan. Ładnie jest także nakręcona ich pierwsza scena miłosna. Piękne są kostiumy. I zdjęcia. Świetna rola Rachael Stirling w roli Nan, a także Keeley Hawes w roli Kitty Butler. Trzeba przyznać, że obie panie bardzo ładnie wyglądają w męskich przebraniach. Keeley Hawes przydała postaci Kitty Butler wiele magnetycznego uroku i trudno się dziwić, że Nan uległa jej hipnotyzującemu spojrzeniu i słowom, które wracają często w jej wspomnieniach. A przy tym ma słodki, delikatny głos - idealnie pasuje do tej roli.Interesująca jest także Anna Chancellor w roli bogatej damy, która ma specyficzne upodobania i urządza ekstrawaganckie przyjęcia z przedstawieniami dla swojego dekadenckiego towarzystwa.
Film jest godny polecenia, ale uprzedzam - nie każdemu będzie się podobał, niejednego zgorszy, bo jest pikantny, ale mnie się podobał. Historia Nan mnie wciągnęła i bardzo byłam ciekawa, jak się to wszystko zakończy. Ten obraz to dodatkowy przyczynek do dyskusji o wiktoriańskiej moralności i tego co się działo wtedy niejako "podskórnie", to podwójne dno życia codziennego, ukryte głęboko w zakamarkach nocy, prywatnych domów i teatrzyków rewiowych.

Muszę powiedzieć, że to drugi obraz, który oglądałam, nakręcony według powieści Sarah Waters (pierwsza była ekranizacja "Fingersmith" czyli "Złodziejki" z Sally Hawkins, która podobała mi się średnio). W porównaniu z nią, "Muskając aksamit" to świetny film. Ciekawa jest muzyka, wydaje się, zwłaszcza na początku, zbyt współczesna, ale główny motyw słyszy się długo w uszach i jakoś widza uwodzi. Zresztą wszystkie motywy muzyczne są tu fantastyczne, przydają całości wiele uroku i sprawiają, że sam obraz bardzo dzięki nim zyskuje. Żałuję, że nie ukazał się normalny soundtrack, tylko pod tyt. "Tipping the Velvet" wybór piosenek rewiowych, wśród których niestety nie ma tych wykorzystanych w miniserialu. W związku z tym sama musiałam sobie taki soundtrack przygotować, żeby się cieszyć ścieżką dźwiękową z filmu ;) Jej twórcą jest Andrew Johnson - ten sam, który zilustrował muzycznie "Our Mutual Friend", "House of the Mirth" i "Becoming Jane".

Polecam, ale na własną odpowiedzialność. Chyba sięgnę do książki, według której powstał film, tym bardziej, że przeczytałam, że:
Sarah Waters jest znawczynią powieści wiktoriańskiej. Rozpoczęła pisanie powieści "Tipping the Velvet" podczas zbierania materiałów do pracy doktorskiej. Zaintrygował ją wiktoriański światek rewii, zaczęła intensywnie tropić i studiować obraz codziennego życia epoki, rozwój ruchu sufrażystek i początki zainteresowania socjalizmem. Wielką zaletą jej małomiasteczkowego pochodzenia okazało się zachowanie szczególnej, gotyckiej wrażliwości, która wpłynęła na jej spojrzenie na świat i zainteresowanie epoką wiktoriańską. Nie dziwi więc fakt, że akcję swoich trzech dotychczasowych powieści umieściła w XIX-wiecznej Anglii. Jest autorką powieści: - Muskając aksamit (Tipping the Velvet), 1998 - Niebanalna więź (Affinity), 1999 - Złodziejka (Fingersmith), 2002 i rozgrywająca się już w l. 40. XX wieku: - Pod osłoną nocy (The Night Watch), 2006.

niedziela, 30 marca 2008

Nigdy nie mów żegnaj (Kabhi Alvida Naa Kehna)


Dev (Shakrukh Khan) i Rhea (Preity Zinta) są na pozór szczęśliwym małżeństwem. Mają kilkuletniego syna Arjuna. Dev odnosi sukcesy w sporcie, Rhea pnie się po szczeblach kariery w magazynie poświęconym modzie. Maya (Rani Mukherjee) wychodzi za mąż za Rishiego (Abhishek Bachchan). Na próżno jednak można doszukiwać się w niej szczęścia. Młoda kobieta ma wątpliwości.Tuż przed ślubem Dev i Maya spotykają sie po raz pierwszy. Kilka minut po spotkaniu z Mayą, Dev wpada pod samochód. Odniesiona kontuzja sprawia, że musi porzucić karierę sportową. Kilka lat później Dev jest zgorzkniałym, sfrustrowanym facetem, który złośliwością wyraża swą złość. Jej ofiarami są najczęściej Rhea i Arjun.Również małżeństwo Mayi nie ma się najlepiej. Między nią, a Rishim wraźnie brakuje namiętności.Któregoś dnia, w dość nieoczekiwanych okolicznościach, Maya i Dev ponownie się spotykają nadając nowego znaczenia słowom "nigdy nie mów żegnaj". Jak skończy się ta historia? Czy małżeństwa przetrwają? A może znajomość Mayi i Deva przerodzi się w coś więcej?

Za kinem bollywoodzkim nie przepadam. Jednak niedawno przez czysty przypadek obejrzałam teledysk z muzyką Michelle Featherstone (http://www.youtube.com/watch?v=qd6KY6MJzeA), z obrazkami z filmu "Nigdy nie mów żegnaj" (mało bollywodzkimi, poza początkiem) i sięgnęłam po ten tytuł, który ma doborową obsadę, bo wystąpiły w nim bollywoodzkie gwiazdy: Amitabh Bachchan, Shahrukh Khan, Rani Mukherjee, Preity Zinta, Abhishek Bachchan.

Film nie jest stricte bolly, gdyż akcja w całości dzieje się w Nowym Yorku, i są tu znikome akcenty hinduskie, poza oczywiście bohaterami.
Zadziwiało mnie zawsze szaleństwo na tle Shahrukh Khana, bo dla mnie jego aktorstwo wcale nie jest rewelacyjne. W dodatku jego postać w tym filmie jest postacią najbardziej irytującą, bo nie dość, że Dev jest nieprzyjemny dla otoczenia, to jeszcze w dodatku krzyczy na Bogu ducha winnego dzieciaka, wyładowując w ten sposób własne frustracje. I jak może mówić, że wychował syna, skoro nic nie wie o jego upodobaniach, zmusza go do grania w piłkę, chociaż dzieciak wolałby grać na skrzypcach.
Z kolei Maya sama nie wie czego chce, wyszła za mąż za mężczyznę, który ją kocha, rozpoczyna romans z Devem, ale nie ma gwarancji, że będzie z nim szczęśliwsza i wytrzymają ze sobą. A w ogóle za co właściwie ona pokochała tego Deva? W zrozumieniu jej potrzeb nie był lepszy od Rishiego, skoro wziął ją na mecz, chcąc głównie sobie zrobić przyjemność. Nie wiem jak Maya mogła odrzucać takie uczucie Rishiego! On był naprawdę dobry dla niej i w dodatku okazywał jej swoją miłość.
Żona Deva zbyt jest zajęta swoją pracą, by miała czas dla męża i dla dziecka, jednak jej kontakt z dzieckiem póżniej ulega pogłębieniu. Jest to postać nieco chlodna i jakoś trudno bylo wierzyć, że naprawdę kocha Deva (bo i za co?).
Rishi, mąż Mayi kocha ją, jednak czuje, że Maya się od niego oddala, a może wcale nie darzy go uczuciem? Na mnie największe wrażenie zrobiło właśnie to jak jego dobra wola polepszenia ich relacji i jego miłość spotyka się z chłodem May. W ogóle odnosiłam wrażenie, że to tylko Rishi i Rhea walczą o swoje małżenstwa, a Dev i Maya już je przekreślili. Znamienna jest scena w teatrze, a później to nieporozumienie z kwiatami. Scena w ktorej Maya mówi Rishiemu, że go zdradziła - przyznam, że to chyba jedyny moment, w ktorym się wzruszyłam.
W ogóle scena zdrady była dobrze zmontowana (nie wiedzialam, że są takie sceny w kinie bollywoodzkim, jak ta w hotelu). I jak na ironię Rishi się wtedy cieszył, że żona do niego wraca. Perfidny moment na zdradę.

Film poruszając problem zdrady, winy, kary, przebaczania lub nie - robi to w dość interesujący sposób i nie pozostawia widzów obojętnym. Oglądało mi się całość znakomicie, te trzy godziny mi się wcale, o dziwo, nie dłużyły. Film uważam za bardzo udany i mogę go polecić z czystym sumieniem. Podobały mi się niektóre naprawdę ładne ujęcia i muzyka. Bardzo podobał mi się ojciec i syn czyli Amitabh (wprowadzał element humorystystyczny jako sexy Sam) i Abhishek Bachchan (był bardzo dobry - wróżę mu karierę w bolly) w rolach właśnie ojca i syna. Wzruszył mnie wątek Rishiego, bo wątek Deva nie był w stanie, gdyż ta postać była irytująca. Frustracja Deva, że żona zarabia więcej i robi karierę - jakie to klasycznie męskie i niskie. Nie potrafiłam mu współczuć.
Podczas seansu zastanawiałam się, ile jeszcze razy zmoczą w tym filmie bollywodzką gwiazdę Shakrukh Khana, bo chyba zrobili to ze trzy razy. No i bohaterowie zbyt często płakali w drugiej części filmu.
Nie podobało mi się wcale zakończenie. Cała ostatnia scena na peronie mnie śmieszyła, z tym klękaniem Deva przed Mayą i oświadczynami. Od momentu, jak znalazł się na peronie przed Mayą (wyskoczył w biegu? gdyby pociągnął za hamulec, to by od razu policja go zabrała, no i ona z pewnością by to usłyszala ) - zaczęłam się śmiać. Ja rozumiem konwencje, nawet bajkową, ale według mnie mogli zachować minimum realizmu. No i potem to klęczenie na kolanach. Koncówka mi się wybitnie nie podobała.
A poza tym uważam, że lepiej by się stało, gdyby Rishi został ostatecznie z Mayą. Choć z drugiej strony podobało mi się zdanie Rhei, że wystarczającą karą za rozbicie małżenstwa będzie dla Mayi życie z Devem.
Z pewnoscia film spodobałby mi się jeszcze bardziej, gdyby nie to absurdalne i nieco przesłodzone już zakończenie. Film daje do myślenia, skłania do refleksji, budzi emocje, więc to samo podnosi jego wartość. Może problemy są typowe, ale w sumie fajnie podane.

Rishi i Maya:



sobota, 29 marca 2008

Daniel Deronda

To miniserial BBC według powieści George Elliot i scenariusza Andrew Daviesa. Obsada: Hugh Dancy (Daniel Deronda), Romola Garai (Gwendolen Harleth), Hugh Bonneville (Henleigh Grandcourt), Greta Scacchi (Lydia Glasher), Amanda Root (Pani Davilow), David Bamber (Lush), Edward Fox (Sir Hugo Mallinger).
Od momentu, kiedy ją zobaczył, młody i idealistyczny Daniel Deronda, nie mógł przestać myśleć o Gwendolyn Harleth, ona również się w nim zakochała. Ale Gwendolyn - na zewnątrz ponętna i pełna życia, wewnętrznie pełna kompleksów i słaba - jest zmuszona przez okoliczności do małżeństwa z szorstkim arystokratą Henleighiem Grandcourtem. Daniel nie potrafi się pogodzić z małżeństwem Gwendolyn i miota się między miłością do niej a uczuciem, jakim zaczyna darzyć młodą Żydówkę, którą uratował od samobójstwa...
Muszę przyznać, że magnesem była dla mnie postać Grandcourta, ktorego gra odkryty niedawno przeze mnie, dobrze znany z "Vicara z Dibley-New Year Special: Vicar in White" oraz z "Miss Austen Regrets" (gdzie grał pastora Bridgesa) - brytyjski aktor Hugh Bonneville.
Film opowiada o dwóch młodych osobach: Gwendolyn, ktora dla pieniedzy i pozycji poślubia bogatego arystokratę oraz o Danielu, ktory poznaje młodą Żydówkę i poprzez nią wchodzi w środowisko Żydów, a w końcu wybiera swoją drogę życia, przy okazji dowiadując się o własnym pochodzeniu. Chociaż nieźle pokazana jest w tym filmie dzielnica zamieszkana przez społeczność żydowską (ciekawe scenograficznie sceny, gdy Daniel zwiedza to miejsce), to jednak mnie najbardziej zainteresował wątek Gwendolyn. Sama bohaterka jest trochę irytująca, bo właściwie sama nie wie czego chce. Najpierw jest otoczona przez zafascynowanych nią mężczyzn, potem zmuszona przez okoliczności (jej rodzina straciła dochody, a ona sama musiałaby pracować jako guwernantka) do poślubienia mężczyzny, ktorego nie kochała. W sumie wiedziała co robi, więc nie wiem skąd jej późniejsza frustracja? Hugh Bonneville jako mąż, ktory chciałby podporządkować sobie żonę, był jednak dość intrygujący. Chwilami wyglądał interesująco, pomimo loczków i pewnego zmanierowania. Na końcu nawet było mi żal, że tak skończył i miałam trochę pretensji do Gwendolyn. Dobrze, że tytułowy Daniel wybrał w końcu Mirah, a nie ją. Jakaś kara Gwendolyn się należala.
Film mi się bardzo podobał. To solidna produkcja - znać rękę Andrew Daviesa. Piękne stroje i kapelusze Gwendolen. Wspaniała scenografia.

Przetłumaczylam notkę o filmie:
"Bogaty, światowy i wyrafinowany Henleigh Grandcourt mógłby być doskonałym mężem dla Gwendolen, ale chciałby zdusić w niej duszę i ukształtować ją na doskonałą żonę dla siebie. Ma także mroczną tajemnicę, która zagraża jej małżeńskiemu szczęściu - byłą kochankę.
Nagrodzony wielokrotnie Hugh Bonneville nosi płaszcz wpływowego arystokraty, Henleigha Grandcourta w "Danielu Derondzie". Zasłużył na nominację do nagrody BAFTA i nagrodę dla Najlepszego Młodego Aktora w 2001 r, na festiwalu w Berlinie za interpretację postaci Johna Bayleya, męża Iris Murdoch w "Iris”. Sprawiło mu przyjemność pokazanie innej swojej strony w "Danielu Derondzie".
"Zawsze próbuję zestawiać ze sobą postać, którą gram z ostatnią znaczącą rolą, którą zagrałem. Po „Iris” nie mogłem być znowu szlachetnym, nerwowym i nieśmiałym"- mówi – "Zagranie postaci takiej, jak Grandcourt, który był pewnym siebie, aroganckim, tajemniczym, budzącym strach, zaskakującym facetem było wielkim kontrastem. Ani trochę Pana Sympatycznego”.
Innym magnesem, który skłonił Bonneville`a do zagrania w Derondzie był scenarzysta - Andrew Davies:
„Po przeczytaniu scenariusza, a potem powieści, zrozumiałem czemu Andrew Davies jest tak znakomity, w tym co robi." – mówi Bonneville – "On potrafi wychwycić, zrozumieć i skondensować tematy powieści w telewizyjnej formie".
Grandcourt jest zdecydowany poślubić Gwendolen, ponieważ - wyjaśnia Bonneville - rozkoszuje się wyzwaniem - kontrolowaniem kogoś, kto sądzi, że ma nad nim kontrolę.
„To walka osobowości” – wyjaśnia – "Gwendolen na początku tej historii otacza grono mężczyzn, którzy wpatrują się w jej sarnie oczy. Nagle ona staje przed człowiekiem, który ma ówczesny ekwiwalent Lamborghini i ogromną kartę kredytową i myśli: „Och, muszę mieć coś takiego”. Oczywiście w dzisiejszych czasach, jeśli jesteś 19-latką i widzisz 35-letniego faceta z Lamborghini i kartą kredytową, myślisz: . Ona nie uswiadamia sobie, że wstępuje w wodę pełną rekinów. Ponieważ Gwendolyn wystawia go do wiatru, Grandcourt stwierdza, że ona jest bardzo atrakcyjna.
Bonneville uważa, że eskapizm powoduje, że dramaty kostiumowe mają tak duży oddźwięk wśród widzów.
„To odskocznia od twoich kłopotów, nawet jeśli oglądane problemy są dokładnie takie same jak te, które widzisz na ekranie. Oni chodzą w pięknych kostiumach i wyglądają jakby byli z innej epoki, ale, w rzeczywistości, historie są takie same jak te współczesne" – uważa.
Bonneville śmieje się, że jego kariera aktorska w National Youth Theatre postępowała wraz z prowadzonymi rownolegle studiami teologicznymi w Cambridge.
Pojawił się w "Notting Hill", w "Madame Bovary", "The Cazalets" i "Take Girl Like You". Wziął udział także w adaptacji Daviesa "Doktora Zhivago". "

środa, 26 marca 2008

Upiór w Operze (Teatr Muzyczny Roma)

"Upiór w Operze" to powieść Gastona Leroux, która była publikowana w odcinkach w latach 1909-1910. Utwór był wielokrotnie inscenizowany. Powieść Leroux stała się inspiracją dla wielu twórców i na jej podstawie powstało wiele ekranizacji, z których najstarsza pochodzi z 1925 r. Jedną z najsłynniejszych adaptacji scenicznych jest musical "Phantom of the Opera" Andrew Lloyda Webbera, napisany na początku lat 80. specjalnie dla Sarah Brightman, jego ówczesnej żony.

Jest to historia zdeformowanego fizycznie genialnego kompozytora, żyjącego w piwnicach paryskiej Opery, którego łączy tajemniczy związek z młodą solistką opery, Christine. To jakby kolejna wersja klasycznej bajki o pięknej i bestii, gdyż ze względu na swój odrażający wygląd, twarz Upiora zakryta jest maską. Kiedy umiera ojciec małej Christine Daae, Upiór zaczyna uczyć ją śpiewu. Zakochuje się w utalentowanej dziewczynie, która jednak wybiera hrabiego Raoula de Chagny - ukochanego z dzieciństwa.
W 2004 roku powstał film z muzyką Webbera. Rolę Upiora zagrał Gerard Butler.
W Polsce musical ten doczekał się realizacji dopiero teraz, ale trzeba przyznać, że warto było czekać. Jest to, jak podkreślają realizatorzy, autorska wersja spektaklu, na co zgodził się sam kompozytor, który także sam akceptował wykonawców głównych ról.
Bardzo, bardzo mi się przedstawienie Teatru Muzycznego Roma w Warszawie podobało. W spektaklu śpiewał Damian Aleksander i Paulina Janczak czyli pierwszy garnitur wykonawców.
Jeśli chodzi o Damiana to oczywiście się nie zawiodłam, był świetny! Nie rozumiem, jak mógł on kiedyś odpaść w Idolu... Pamiętam, że mu wtedy kibicowałam i żałowałam, że dalej nie będzie śpiewał. A tu, w tym spektaklu, mógł wreszcie pokazać swoje możliwości! Brawo!
Jeśli ktoś ma w uszach wciąż ścieżkę dźwiękową z filmu, musi pamiętać, że Gerard Butler nie śpiewał tam na żywo, a efekt końcowy był wynikiem pracy w studio. Damian występuje na scenie i śpiewa przed publicznością. Tu nie może być porownania! Naprawdę wypadł fantastycznie.
Co do Christine jest ona trochę nierówna. Chwilami śpiewa rewelacyjnie, właściwie w większości solówek, niestety zdarzają się jej słabsze momenty. Z pewnością ma jednak piękny głos. Być może zjadła ją trochę trema przed człowiekiem od Andrew Lloyd Webbera, który był akurat tego dnia na widowni.
Bardzo podobał mi się Marcin Mroziński w roli Raoula oraz naprawdę dobra aktorsko w roli divy - Carlotty - Barbara Melzer.
Teraz o efektach specjalnych. Nigdy dotąd nie widziałam takich efektów w teatrze. Światło potrafiło stworzyć na tkaninie pokrywającej scenę zupełnie różne światy. Szybko zmieniające się tło oraz dekoracje - zastanawiałam się, gdzie na w sumie małej powierzchni tego teatru mogą się zmieścić tak duże schody (jak w scenie maskarady) oraz inne elementy budujące coraz to nowe wnętrza. No i to znikanie aktorów i pojawianie się w zupełnie innym miejscu, czasem w tle, na drugim planie. A także żyrandol, który sprawił wrażenie, jakby faktycznie się rozbił. Kilka scen było przepięknych.
Przyłapałam się na tym, ze gapię się na scenę z otwartą buzią z zachwytu....
Pierwsza część przedstawienia obfitowała w efekty specjalne (w tym np. ten z lustrem oraz scena schodzenia do podziemi, z piosenką "Upiór w Operze") oraz piękne partie wokalne ("Angel of Music-Anioł muzyki", "Music of the Night - Noc muzykę gra", "The Mirror - Lustro", "All I Ask of You-O tyle proszę cię"), a także zakończyła się widowiskowym upadkiem żyrandola, stąd miałam odczucia, jakby pierwsza część była lepsza od drugiej. W drugiej części była jednak wspomniana już ładna scena zbiorowa maskarady, no i ta na cmentarzu (niesamowite jak widać było ruch gałęzi drzewa). No i wreszcie cała scena finałowa rozgrywająca się w grocie Upiora.
Tak naprawde nigdy dotąd w Romie nie byłam i jestem pod wielkim wrażeniem sprawności organizacyjnej (te zmiany oświetlenia i dekoracji), no i samych wykonawców. Tlumaczenie na język polski było bardzo dobre, w ogóle język polski tu nie drażnił ucha, przyzwyczajonego do wersji angielskiej.
Muzyka - piękna jest muzyka Andrew Lloyda Webbera, piękne partie solowe oraz duety.
Jestem pod dużym wrażeniem. Spektakl jest wart swojej ceny. Chętnie zobaczyłabym go raz jeszcze. Brawo dla Teatru Roma za tak udane przedstawienie! Szczerze polecam!
Na końcu spektaklu były owacje na stojąco. Sama biłam tak brawa.
Chcę ścieżkę dźwiękową z tego widowiska!

poniedziałek, 24 marca 2008

Miss Austen Regrets (Jane Austen żałuje)

Film ukazuje ostatnie lata życia Jane Austen (w tej roli Olivia Williams). Pełen pasji rozdział z romantycznego życia pisarki powstał na podstawie listów literatki. Kiedy Jane dobiega czterdziestki, jej sukces pisarski jest już pewny. Jej dowcipne i pełne trafnych obserwacji romantyczne powieści są szeroko podziwiane. Dla swojej bratanicy Fanny Knight (Imogen Poots) - młodej, ładnej i szaleńczo zakochanej dziewczyny, Austen jest ulubioną ciotką, która oferuje swoją mądrość i wiedzę, pomagając w poszukiwaniu szczęśliwego mariażu. Kiedy jednak Fanny prosi ją o pomoc w wyborze i ocenie potencjalnego męża, Jane traci pewność siebie. Okazuje się, że podobnie jak bohaterki jej powieści, autorka doświadczana trudnymi przeżyciami, nie potrafi pozytywnie myśleć o miłości, małżeństwie i założeniu rodziny. Tymczasem przypadkowe odnowienie znajomości z dawnym amantem oraz spotkanie z młodym i przystojnym lekarzem sprawia, że spokój Jane zostaje zachwiany. Gdy jej rodzina popada w finansową ruinę, staje się jasne, że Austen mogła wszystkiemu zapobiec, gdyby tylko przyjęła ofertę małżeństwa od zamożnego właściciela ziemskiego...
Nie wiemy wiele o życiu uczuciowym Jane Austen. Nie zachowały się te jej listy, które mogłyby stanowić wskazówki dla biografów, prawdopodobnie zostały spalone przez jej siostrę Cassandrę. Tym większe pole dla spekulacji. Czy była prawdziwa miłość w życiu Jane? Czy był ktoś naprawdę bliski jej sercu? Czy żałowała kiedykolwiek, że nie przyjęła czyichś oświadczyn? Co było dla niej najważniejsze?
W 2007 roku powstał film biograficzny "Miss Austen Regrets". Twórcy oparli się na zachowanych listach Austen, na niektórych wątkach jej kilku powieści i napisali ciekawy scenariusz, który opowiada o ostatnich latach pisarki. W głównej roli obsadzili Olivię Williams, która grała już postać austenowską, w ekranizacji "Emmy". Ważną rolę jednego z dawnych konkurentów do ręki Jane - pastora Bridgesa - powierzyli Hugh Bonnevillowi. Film wyemitowany został u nas w dwóch częściach przez TVN Style, i chwała za to tej stacji.
Obraz powstał prawdopodobnie na fali zainteresowania twórczością Jane Austen i jako dopowiedź do filmu "Zakochana Jane", ale tak naprawdę po trosze obala mit o znaczeniu Toma Lefroya w życiu Austen. Jane mówi o nim do młodziutkiej bratanicy: "Cierpiałam pięć minut, a potem mi przeszło". W filmie jest także mowa o kilku innych mężczyznach w życiu pisarki: o tym, który z pewnością jej się oświadczył i którego w pierwszej chwili przyjęła, a później zmieniła zdanie - Harrissie Bigg-Witherze, a także o lekarzu Charlesie Haydenie, który opiekował się jej bratem Henrym, a z którym Jane prawdopodobnie flirtowała. Wydaje się jednak, że żaden z nich nie był tym jedynym, w którym Jane mogła być naprawdę zakochana. Autorzy filmu skupili się najbardziej na postaci pastora Bridgesa, który był zaprzyjaźniony z Jane, a ponadto był wujem ulubionej kuzynki Jane - Fanny Knight. To jej właśnie panna Austen próbuje pomóc w wyborze przyszłego męża. Ale jak ma pomóc w tak ważnej sprawie osoba, która uważa, że jeśli marzy się o panu Darcy`m, to należy go sobie wymyśleć? Jane Austen w tej wersji jest osobą, która nie ma zbyt dobrego mniemania o mężczyznach. W "Dumie i Uprzedzeniu" można przeczytać znamienne słowa: "Niewielu jest ludzi, których prawdziwie kocham, a jeszcze mniej takich, o których mam dobre mniemanie. Im więcej poznaję świat, tym mniej mi się podoba, a każdy dzień utwierdza mnie w przekonaniu o ludzkiej niestałości i o tym, jak mało można ufać pozorom cnoty czy rozumu." Niełatwo jest jej więc dokonać dobrego wyboru życiowego partnera dla młodziutkiej Fanny. Jednak panna Austen nie jest tu pokazana jako osoba zgorzkniała, która zamyka się przed całym światem w swojej samotni. Wręcz przeciwnie, widać, że lubi się bawić, tańczyć i flirtuje z mężczyznami. Ale czy ta beztroska nie jest pozorna?
Bowiem Jane, zastanawiając się nad potencjalnymi konkurentami do ręki Fanny, patrzy wstecz na swoje życie i zastanawia się, czy jest coś, czego przychodzi jej żałować, a może powinna przyjąć któreś z dawnych oświadczyn. Jednak u kresu życia dochodzi do wniosku, że żałuje tylko jednego: stabilizacji finansowej, która mogła przyjść wraz z małżeństwem, bo dzięki niemu mogła uniknąć tej sytuacji, w której się znalazła, że wraz z matką i siostrą jest zależna finansowo od swoich braci. Jane uważa, że właściwie mogła być na swój sposób szczęśliwa z każdym z mężczyzn: Tomem, Harrisem, pastorem Bridgesem, jednak samo małżeństwo mogłoby przeszkodzić jej w pisaniu lub pisanie uniemożliwić. Dzięki temu, że była sama, mogła osiągnąć to co osiągnęła, w innym przypadku być może nie powstałyby wszystkie te książki, które napisała. Jane z pewnością ceniła bardzo swoją niezależność. Ale czy małżeństwo naprawdę mogło jej przeszkodzić w uprawianiu sztuki pisarskiej? Elizabeth Gaskell miała męża, dzieci i życie rodzinne, a jednak napisała wspaniałą powieść "North and South" ( i kilka innych) i stworzyła postać romantycznego bohatera - Johna Thorntona. Czy więc Miss Austen nie przekonywała jedynie samej siebie, że właściwą decyzją było życie w samotności?
Film pozostawia niedopowiedzenia, które mogą sugerować, że Jane mogła być zauroczona Charlesem Haydenem, mogła żałować tego, że nie wyszła za pastora Bridgesa. A może jednak nie było tego jednego, który był dla niej naprawdę ważny? To powieściopisarka, więc tworzy postacie, snuje opowieści, miesza fikcję z rzeczywistością. Realizatorzy pozostawili pole dla spekulacji.
Interesująca z pewnością w tym filmie jest postać pastora Bridgesa, którego każde pojawienie się w tym filmie jest znaczące, tak jak znaczące są prowadzone przez nich dwoje rozmowy. Świetne zagrana przez Hugh Bonevilla postać! Pozornie niezbyt przystojny, ma coś bardzo interesującego w oczach .... Postać pastora jest tak poprowadzona, że widać, że Jane była dla niego ważna, jest o nią zazdrosny i pragnąłby, żeby jego życie potoczyło się inaczej. "Zapewniłbym ci niezależność finansową i wielbiłbym cię aż do śmierci" - mówi pastor do Jane. Ciekawa jest scena ich ostatniej rozmowy, kiedy on mówi: "Nie zabroniłbym ci pisać, jeśli tego się obawiałaś". "Ale czy będąc twoją żoną znalazłabym na to czas?" - odpowiada filmowa Jane. Później pastor prosi, by powiedziała, że myśli czasem o nim, że żałuje, że go nie przyjęła, żeby przyznała to, choćby miała skłamać. Bardzo ładna to sekwencja.
Nie muszę chyba dodawać, że fantastyczna w roli Jane Austen jest Olivia Williams. Tak gra pisarkę, że łatwo można się zidentyfikować z jej życiowym dramatem, można ją zrozumieć.
Bardzo udany film, a ile ma wspólnego z rzeczywistą Jane Austen - na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam i z pewnością jednej właściwej odpowiedzi nie ma.

niedziela, 16 marca 2008

Chromophobia

"Chromophobia" to film wyreżyserowany przez Marthę Fiennes, z doborową obsadą: Kristin Scott Thomas, Penelope Cruz, Ian Holm, Ben Chaplin, Damian Lewis, Rhys Ifans i Ralph Fiennes. Muszę przyznać, że to bardzo interesujący obraz, ale nie należy się zrażać pierwszym kwadransem. Początek jak dla mnie jest zachęcający, nastrojowy, potem jednak akcja przenosi się z miejsca na miejsce i w pierwszym momencie trudno się zorientować w sytuacji, bo wprowadzonych jest sporo postaci i epizodów. Jednak z czasem obrazy wciągają, wciągają także równoległe wątki, które się ze sobą wiążą, a potem już nie mogłam się oderwać od ekranu. Pewnie nie każdemu będzie się ten film podobał, bo chwilami jest trudny w odbiorze, ale ja obejrzałam go z dużym zainteresowaniem (zapewniam, że wcale nie dla Ralpha, choć był bodźcem do tego, bym po ten film sięgnęła). Bohaterowie (w tym rodzina, której członkowie żyją odrębnym życiem), w pogoni za sukcesem zagubili wartości oraz uczucia: przyjaźń, miłość, lojalność. Jest ogromny dom, nowocześnie wyposażony, jest dziecko, którym właściwie nikt się nie zajmuje, jest mąż-prawnik Marcus (Damian Lewis), wciągnięty przez wspólnika w nielegalne interesy, jest żona Iona (Kristin Scott Thomas), która ucieka w manie zakupów, chodzi do psychoterapeuty i szuka sposobu na dowartościowanie się, również poprzez operację plastyczną. Panuje tu duży chłód i dystans. Jednocześnie rodzice Marcusa mieszkają także w dużym domu otoczonym pięknym, starannie utrzymanym ogrodem. To w tym domu są wypowiedziane znamienne słowa: : "Z wiekiem człowiek woli towarzystwo zwierząt i kwiatów od ludzi". Przyjmowany gościnnie przyjaciel Marcusa - Trent (Ben Chaplin), dziennikarz, postanawia wykorzystać bez skrupułów zwierzenia przyjaciela, dotyczące interesów jego klienta-polityka, żeby zrobic karierę w gazecie, w której pracuje. Jednocześnie jest opowiadana wzruszająca historia chorej prostytutki Glorii (Penélope Cruz), która boi się, żeby nie odebrano jej dziecka, a którą zaczyna się interesować pracownik opieki społecznej Colin (Rhys Ifans). Ralph Fiennes gra tu poboczna rolę Stephena - przyjaciela domu - historyka sztuki, który ma słabość do młodego męskiego ciała, choć... tu nie będę zdradzać szczegółów. Pozostaje pytanie: czy bohaterom uda się uratować rozluźnione relacje i odbudować uczucia?
Przy filmie pracowało troje Fiennesów: Martha, Ralph i Magnus.
Bardzo interesujące są zdjęcia, niektóre ujęcia są świetne, jest dobra muzyka, która tworzy nastroj. Warto ten film obejrzeć, jest trochę niepokojący, ale jednocześnie potrafi wciągnąć. Jest tu trochę symboliki, podanej wprost i aluzyjnie.
Świetnie wypadły aktorsko kobiety - Penelope Cruz i Kristin Scott Thomas - ich bohaterki żyją w skrajnie różnych warunkach, ale doskonale oddany został dramat obu tych kobiet.

sobota, 1 marca 2008

Perswazje

W 2007 roku powstały trzy ekranizacje powieści Jane Austen, wyprodukowane przez ITV: "Mansfield Park", "Opactwo Northanger" i "Perswazje". Z tych trzech filmów to "Perswazje" właśnie podobają mi się najbardziej. Nie oznacza to, że jest to wersja idealna, ma wiele wad, ale jednak to właśnie ją oglądałam kilkakrotnie i jeszcze nie mam jej dość.
Obsada: Sally Hawkins (Anne Elliot), Rupert Penry-Jones (Captain Frederick Wentworth), Anthony Stewart Head (Sir Walter Elliot), Amanda Hale (Mary Elliot), Sam Hazeldine (Charles Musgrove), Nicholas Farrell - (Mr. Musgrove), Alice Krige (Lady Russell), Tobias Menzies (William Elliot), Jennifer Higham (Louisa Musgrove). Reżyseria: Adrian Shergold, scenariusz: Simon Burke.

Anne jest cichą, nieładną, niedocenioną córką baroneta. Za namową starszej przyjaciółki, przed ośmiu laty odrzuciła oświadczyny Fredericka Wentwortha i do dziś tego żałuje. Niespodziewanie spotyka go ponownie, ale on jest wobec niej pełen rezerwy, za to interesuje się młodziutką Louisą...

Najpierw trochę o wadach. Nie jestem do końca przekonana do Anny (myślę, że niepotrzebne są te duże zbliżenia na jej twarz, choć pokazują, że to film o niej). Wiem, że ta postać nie była ładna i że z czasem jakby pięknieje w oczach i tu trochę tak było. Jednak uczesana jest fatalnie, a i jej stroje pozostawiają wiele do życzenia. Nie podoba mi się postać Mary, która wypada na niezbyt mądrą, choć może i taka była, ale właściwie zrobiono z niej zupełnie groteskową postać, z jej sposobem poruszania się i mówienia. Najbardziej jednak razi zakończenie - ostatnie minuty filmu są dramatyczne: ostentacyjne wyjście Anny za kapitanem w czasie koncertu, ten długi bieg przez miasto (i jeszcze wpadła na Charlesa i Wentwortha!) czy też rozmowa w biegu z panią Smith, a także to błagalne oczekiwanie na pocałunek - to były najsłabsze ogniwa tego filmu, zupełnie niepotrzebne, można było w inny sposób te sceny nakręcić. Sam film momentami nie jest zbyt ładnie ładnie kręcony (jesteśmy chyba przyzwyczajeni do estetyki BBC), choć robią wrażenie ujęcia kręcone na nadbrzeżu.

Jednak niewątpliwym magnesem tej produkcji jest Rupert Penry-Jones w roli kapitana Fryderyka Wentwortha oraz piękna muzyka Martina Phippsa, który jest także autorem nie wydanego niestety soundtracku do wspaniałego i wciąż wywołującego emocje filmu BBC "North and South". Nie przepadam raczej za blondynami i widywałam już Ruperta w różnych filmach (m.in. w "Moth" i w „Poirocie”) i nie byłam nim zachwycona. Tu naprawdę jestem! Jako kapitan Wenworth wygląda atrakcyjnie, trochę posągowo, jest milczący i elektryzujący, czym trochę przypomina innych, smutnych trochę, ale jakże interesujących męskich bohaterów, jak choćby Darcy`ego. Wenworth powinien być smutny, w końcu w przeszłości zawiódł się na kobiecie swego życia, a to ponowne ich spotkanie mu wszystko przypomniało. Mówi innym, że jest do wzięcia, ale w rzeczywistości nie może o niej zapomnieć. Widać, że cały czas to na nią zwraca uwagę i o niej tylko myśli, nawet rozmawiając z innymi, wszystko o czym mówi, w jakiś sposób, do niej się odnosi. Piękne są wszelkie "wejścia" Wentwortha, od jego pierwszego pojawienia się w filmie i spotkania z Anną - to bardzo ładna scena, także kolorystycznie, ona stoi tyłem przy oknie, a on wchodzi, patrzy na nią, ona odwraca się. Ten smutek, spojrzenia, tych niewiele słów wypowiedzianych, milczenie, to coś co jest w powietrzu. Kapitan w rozmowach z Anną nie mówi dużo, tak jakby był onieśmielony, mówi cicho i aksamitnym głosem. Jest jeszcze scena, gdy Anna gra, a on nagle pojawia się, patrzy, a potem zaraz znika.

Bardzo podoba mi się też scena od momentu upadku Luizy, to zdjęcie halsztuka przez Wentwortha, jego gorączkowe słowa "of course", ten kołnierzyk rozchylony i lekko rozwiewany przez wiatr, patrzy na nią z podziwem - muzyka w tym momencie jest piękna! Lubię jak mówi do lady Russel: „Jakże mógłbym zapomnieć?” miękkim, cichym głosem, jednocześnie spuszczając oczy... A później jest jeszcze spotkanie w sklepie, gdy Wenworth już wie, że kocha tylko Annę.

Scena pocałunku… W scenariuszu miało to wyglądać inaczej – Wenworth wcale nie miał Anny w tym momencie pocałować, miała być to taka chwila wymiany spojrzeń, bez słów, ale ekipa tak była zachwycona grą Sally Hawkins, tą spontaniczną łzą, która spłynęła jej z oczu, gdy patrzyła na Ruperta, że wykorzystano to ujęcie w filmie, chociaż wygląda to tak, jakby Anna błagała kapitana o pocałunek, a on nie mógł się zdecydować, czy ją pocałować. Scena jest oczywiście zbyt przeciągnięta, ale ma jakiś swój urok, bo wcześniej Wenworth zdejmuje z głowy kapelusz i patrzy na Annę z zachwytem.
Na pocieszenie mamy jeszcze samiutkie zakończenie – scenę tańca na trawniku przed Kellynch Lodge i jeszcze jeden pocałunek, który w rzeczywistości miał być tym jedynym.

Film mimo kilku dość poważnych wad, o których wspomniałam, ma jednak swój urok i do tej produkcji mam wyjątkową słabość. Cieszę się, że można było go obejrzeć w naszej telewizji, dzięki TVN Style, która własnie wybrała tę produkcję na inaugurację swojego pasma filmów kostiumowych.