niedziela, 30 grudnia 2007

Wojna i Pokój

Film "Wojna i Pokój" to nowa ekranizacja powieści rosyjskiego prozaika z XIX wieku Lwa Tołstoja. Tym razem jest to międzynarodowa koprodukcja, w której wzięły udział takie kraje jak: Włochy, Francja, Niemcy, Rosja, Polska. Zdjęcia kręcono głównie na Litwie i w Petersburgu. Reżyserem jest Richard Dornhelm, a w głównych rolach wystąpili: (Francuzka) Clemence Poesy jako Natasza Rostova, (Włoch) Alessio Boni jako Andriej Bołkoński, (Niemiec) Alexander Beyer jako Pierre Bezuchow, (Włoszka) Violante Placido jako Helene Kuragin-Bezuchow, (Niemiec) Ken Duken jako Anatol Kuragin, (Rosjanin) Dmitri Isayew jako Mikołaj Rostow.
Film niezwykle mi się podoba. Ma to co trzeba: miłość, zdrady, wybaczenia, wspaniałe wnętrza i zdjęcia, piękną muzykę w ładnych scenach. Okrojono nieco wątki historyczne, militarne i społeczne, według mnie z korzyścią dla całości (powieść jest zbyt ciężka i zbyt nimi przeładowana), a skupiono się na wątkach miłosnych oraz relacjach międzyludzkich.

Film został zrobiony w pięknych wnętrzach, w plenerach, z przepychem, ze statystami - takie filmy są obecnie możliwe chyba tylko w koprodukcji kilku krajow, cieszę się że dołożyli się do tego Polacy (tzn. Polsat), choćby chodziło tu tylko o mundury wojskowe czy trzech aktorów, którzy grają epizodyczne role służących. Ważne, że powstał film z gatunku tych, które chce się ogladać. Widać, że został zrobiony dla kobiet, gdyż wojna gra tu tak naprawdę rolę drugoplanową, ważniejsze są relacje między ludźmi, a właściwie między kobietami i mężczyznami, i między kilkoma rodzinami (Bezuchowych, Rostowów, Kuraginów i Bołkońskich), których losy się splatają.
Świetnie spisują się główne postaci, zwłaszcza aktorzy starszego pokolenia jak: Brenda Blethyn (Maria Dimitriewna), Malcolm McDowell (gra starego Bołkońskiego), czy Toni Bertorelli (Wasilij Kuragin), ale dobrze też wypada Alessio Boni, Alexander Beyer, Violante Placido i Ken Duken. Zastrzeżenia mam jedynie do Clemence Poesy, której uroda jest dyskusyjna i mało wyrazista. Z pewnością jednak aktorsko spisuje się nieźle np. dobrze odegrała odurzenie młodym Kuraginem. Interesująca jest postać Pierra (Piotra Bezuchowa), który mimo że nie jest specjalnie przystojny, wydaje się mieć inne zalety - jest po prostu dobrym człowiekiem, a także postać Marii - która godzi się ze swoim losem i poświęca dla starego ojca.
Scena zapoznania się Nataszy i Andrieja skojarzyla mi się z analogiczną sceną z "Przeminęło z wiatrem", tyle że tam był użyty wazonik, a tu buciki. Jeśli Andriej na samym początku nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia, to w miarę rozwoju akcji, zauroczona nim byłam coraz bardziej, i żal mi było, że tak się jego historia zakończyła. Uważam, że mógł przeżyć, zrazić się do wojny, wybaczyć Nataszy i żyć dalej - ale pisarz chciał inaczej.... Bardzo podobał mi się w czapie wśród tych płatków śniegu - zupełnie to przypominało "Doktora Żywago". Bardzo ładna jest scena balu i późniejsze spotkania Nataszy z Andriejem - sama sytuacja, jej uczucia - doskonale ją rozumiem. On taki trochę niedostępny książę, a jednak przyjeżdża, żeby się z nią zobaczyć, rozmawiają w parku o swoich pierwszych spotkaniach.. To jak marzenia, które się spełniają... Podobała mi sie też scena oświadczyn - tutaj bardzo zyskuje właśnie Andriej, bo uśmiech, który rozświetla jego skłonną do smutku twarz, jest tak dojrzale męski. No i ma ładnie wykrojone usta...
Nie mogłam zrozumieć Nataszy, że mając takiego narzeczonego jak Andriej, dała się opętać bawidamkowi Kuraginowi, ale cóż młoda była i naiwna... Andriej poważny, pewny, a nie lekkoduch, który plecie słodkie słówka. I jakie oparcie w nim można znaleźć i jaki prestiż! Jak widać jednak próba rozłąki się nie udała, a Natasza nie zasługiwała na Andrieja. On sam pozornie na zimno ją potępił, ale po prostu zbyt mocno go uraziła, zraniła jego uczucia - przecież sam mówił, że po raz pierwszy tak pokochał (i to po śmierci żony, gdy czuł się już właściwie wypalony), a tu jego wybranka go zdradziła, zawiodła, upokorzyla i to z takim Kuraginem. Zawód miłosny wywołał silną chęć zemsty na rywalu, ale za to później nastąpiło takie chrześcijańskie pogodzenie w obliczu śmierci....

Jednak samo zakończenie filmu mi się nie podoba! Z dwóch powodow - wolałabym, żeby Natasza byla z Andriejem. Mimo że wcześniej żywiłam dużą sympatię dla Pierra i lubiłam go przez większość filmu, ten zwrot ich historii mi się nie podoba. Wolałabym, żeby Pierre wybrał kogoś innego np. Marię, nie mogę mu darować tej Nataszy. Opieką nad rannym Andriejem zrehabilitowała się w moich oczach za to szaleństwo, które ją opętało, kiedy chciała uciec z Anatolem, ale w sumie potem szybko się pocieszyła. Co do samych obrazków końcowych - toż to wypisz wymaluj zakończenie rodem z Bleak House i ta sielanka na końcu mi coś nie leży. Chyba nie mogłam odżałować Andrieja ... W dodatku kiedy Pierre wiózł Andrieja w karecie, obiecał, że zrobi wszystko, żeby się spotkał z Nataszą, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobi, a potem go zostawił w tej karecie, choć wiedział, że jej rodzice chcą jej tego widoku oszczędzić, a potem kiedy siedział w tej piwnicy i Platon zapytał go, za kogo chciałby się pomodlić, to on nawet nie pomyślał o swoim przyjacielu, ktorego zostawił i który był ciężko ranny. I jeszcze później sam się oświadczył Nataszy. O nie! Tego mu nie wybaczę !

Nie wiadomo co było dalej z Dołochowem - a to kolejna ciekawa postać w tej opowieści, choć jest to postać niebezpiecznie intrygująca. Za to Helene Kuragin-Bezuchow - tą wyrachowaną intrygantkę (przypomina mi trochę Markizę De Merteuil z "Niebezpiecznych związków"), ukarano najprzykładniej. Dwie inne postacie kobiece - niemal anioły: Sonię i Marię spotkał lepszy los. Bardzo mnie dziwi wybór Marii, za co właściwie ona pokochała tego mydłka Mikołaja? Ja bym dla niej wybrała inaczej - Pierra czy Denisowa.

Natomiast bardzo mi się podoba czołówka filmu, jest pięknie zmontowana. To jeden z moich najulubieńszych elementow. Te zmieniające się ujęcia, i wspaniała muzyka Jana A.P. Kaczmarka, którego za ilustrację tego obrazu trzeba bardzo pochwalić!
No i wizerunek Andrieja a la Alessio Boni jest bardzo interesujący ;) On wcale śliczny nie jest, ale po męsku i dojrzale przystojny.
Brawo filmowcy! Oby więcej takich dobrych filmów!

środa, 19 grudnia 2007

Wigilia

Śniegowe płatki wirują za szybą,
Kto się w nie wpatrzy, ten zobaczyć zdoła,
Jak śnieg się staje drzewem albo rybą,
Twarzą kobiety lub skrzydłem anioła.

Dziś w ciszy świerków rybia cisza będzie,
Ryba zaś ćwierknie, miauknie lub zaszczeka,
Wilk zaskowycze do wtóru kolędzie
I skowyt zabrzmi jak lament człowieka.

A my siądziemy do śnieżystych stołów
I porzucimy słowa nasze wilcze.
Będziemy mówić językiem aniołów
Albo milczeniem archaniołów milczeć.

[Leszek Engelking]




sobota, 8 grudnia 2007

Nie dla oka

Debiutancki album Agnieszki Włodarczyk. Na płycie znajduje się 11 utworów, w tym 2 covery. Bardzo kobiecy materiał, zawierający osobiste teksty Agnieszki. Materiał został nagrany w studiu S4, produkcją i masteringiem zajął się Leszek Kamiński. Nad płytą pracowało wielu znanych muzyków, m.in. Robert Janson, Krzysztof Antkowiak, Krzysztof "Tofson" Bączek, Bartosz "Tabb" Zielony, Dominik "Doniu" Grabowski. W chórkach usłyszymy m.in. Joannę Bicz oraz Krzysztofa Antkowiaka.
Polecam dopiero co wydaną płytę Agnieszki Włodarczyk "Nie dla oka". Nie przepadałam może za nią jako za aktorką, ale zauroczyła mnie w "Jak oni śpiewają" - oczywiście nie we wszystkich piosenkach, ale w takich utworach jak "Odkryjemy miłość nieznaną", "Aleja gwiazd", "Małe tęsknoty". Było w niej, w jej głosie, coś co sprawiało, że słuchało jej się świetnie i oglądało fantastycznie, przyciągała uwagę, potrafiła wzruszyć. Wygrała zdecydowanie cały program, ale obawiałam się o jej pierwszą płytę, bo to duże wyzwanie, tym bardziej, że nie ma zbyt dużego doświadczenia w branży muzycznej. Muszę jednak przyznać, że płyta mi się podoba. Jest nastrojowa, pogodna, spokojna, taka do słuchania, są na niej niezłe teksty.
Najbardziej podobają mi się piosenki: "Bez makijażu", "Zawsze byłam", "Pokochać ciszę", "Niepotrzebny", "Powiedz jej", "Wróć".
Płyta bardzo zyskuje przy kilkakrotnym przesłuchaniu.

niedziela, 2 grudnia 2007

The Girl

Muszę się z Wami podzielić moim najnowszym odkryciem filmowym. To trzyodcinkowy miniserial według powieści Catherine Cookson: "The Girl". Historia w powieści zaczyna się od dramatycznej wędrówki Nancy Boyle i jej 9-letniej córki Hannah z Newcastle przez wzgórza do miasteczka Elmholm. Matka dziewczynki umiera po tym gdy dochodzą do celu i spotykają się z Matthew Thorntonem, któremu chora na gruźlicę kobieta powierza opiekę nad swoim dzieckiem, wyjawiając mu przy tym, że to ich wspólna córka. Ten fakt burzy wątpliwe zresztą szczęście rodzinne Thorntona, gdyż ze swoją żoną ma on trójkę dzieci. Żona nie może zaakceptować małej, nienawidzi jej i w dodatku mści się na niej za zdradę, jakiej dopuścił się mąż. Nigdy nie nazywa Hannah inaczej jak "Dziewczyna" i nie traktuje jak członka rodziny. Dzieci jednak, prócz pupilki pani domu - Betsy, przyjmują małą Hannah przyjaźnie. Ona sama czuje coś więcej do swego przyrodniego brata - Johna, jednak on wie, że skoro są rodzeństwem nie może się z nią ożenić, a może chce poszukać żony gdzie indziej, wśród swojej sfery? W sąsiedztwie miasteczka mieszka Ned, przystojny, trochę dziki mężczyzna, który od pierwszego spotkania z Hannah zakochuje się w tej dziewczynce z burzą rudych włosów, która wyrasta później na piękną, młodą kobietę, jednak jest zbyt dumny, żeby się do tego przyznać, tym bardziej, że dzięki panu Thorntonowi Hannah kończy szkołę, a Ned jest tylko biednym handlarzem koni. Film i powieść mówią o dojrzewaniu Hannah i jej dramatycznych kolejach losu, zwłaszcza po śmierci Matthew Thorntona, gdyż właśnie wtedy jego żona próbuje się pozbyć dziewczyny z domu i wydać ją za mąż, a Hannah musi zaakceptować nowy los. Jednak miłość Neda daje o sobie znać..... Nie będę opowiadać całej fabuły. Powiem tylko, że to także historia o miłości i przyjaźni, ale także o zdradzie. Podoba mi się postać Hannah, która choć musi zaakceptować swój los, jednak nie poddaje się całkowicie i walczy o swoje szczęście. Podoba mi się Ned jako mężczyzna, męski, trochę może dziki, ale pełen uroku. Lubię sceny, gdy są razem... Film warto obejrzeć, jest przyjemny, jest trochę gwałtownych scen, ale są i miłosne... A oboje główni bohaterowie (w tych rolach Siobhan Flynn i Jonathan Cake) są urodziwi, i przyjemnie na nich popatrzeć ;)






sobota, 10 listopada 2007

Kwinkunks

Kwinkunks (łac. quincunx – quinque + uncia, "pięć dwunastych") - pięcioelementowy wzór geometryczny, spotykany m.in. na kartach do gry, kościach do gry i kostkach domino, składający się z czterech elementów w czterech rogach czworokąta i jednego pośrodku pomiędzy nimi.
I na takiej właśnie figurze oparta jest książka Charlesa Pallisera "Kwinkunks. Spuścizna Johna Huffama".
Notka od wydawcy: John Huffam musiał się wiele nauczyć, nim osiągnął wiek dojrzały - dowiedział się, dlaczego ludzie pracują ciężko w nieludzkich warunkach, dlaczego biedota przeszukuje śmierdzące zgnilizną śmiecie w poszukiwaniu pożywienia oraz dlaczego zarówno szaleńcy, jak i ludzie przy zdrowych zmysłach głodują w zakładach dla umysłowo chorych. Nie pojmował jednak, dlaczego jakieś nie nazwane, nie znane niebezpieczeństwo kładło się cieniem na jego całe dzieciństwo, nękało matkę - a teraz zagraża jego życiu. Odpowiedź znajduje się w dokumencie sporządzonym pół wieku wcześniej, który był wynikiem skąpstwa i nienawiści, stał się przyczyną morderstwa i szaleństwa oraz wpłynął na życie pięciu rodzin. Ukształtował również życie Johna, albowiem jego losy były ściśle związane i rozgrywały się wokół tajemniczego symbolu pięciu - Kwinkunksa.
Sam autor napisał o swoim dziele, że jest to rekontrukcja powieści wiktoriańskiej. I faktycznie jest w niej zestaw chwytów i wątków wykorzystywanych w angielskiej prozie XIX wieku, zwłaszcza u takich pisarzy jak: Charles Dickens, Thomas Hardy, Wilkie Collins. Mamy więc rodzinną tajemnicę, zagubiony testament i kodycyl, przeciągający się przez lata proces sądowy o spadek (zupełnie jak w "Samotni"), jest też przekrój przez różne warstwy społeczne, od rzezimieszków, miejską i wiejską biedotę aż po adwokatów, ludzi zamożnych. Są także ludzie, ktorzy żyją z rzeki, a raczej z kanałów (jak w "Naszym wspólnym przyjacielu"). Jest też krytykowany przez Dickensa Sąd Kanclerski, który był przyczyną nadziei i upadku tych, którzy wierzyli w sprawiedliwość.
Bohater książki - John Huffam próbuje odkryć prawdę o przeszłości, swoim pochodzeniu, rozwikłać rodzinne tajemnice, znaleźć zagubiony kodycyl. Na oczach czytelnika z małego chłopca staje się dorosłym mężczyzną. Mnożą się nieszczęścia spadające na niego i jego matkę, otaczają ich ludzie, którym ufać nie można, wreszcie ociera się o przestępczość, a wszystko to w drodze ku prawu i sprawiedliwości. Wydaje się, że powoli z tej starannie zaplanowanej, ale mocno powikłanej fabuły pełnej pułapek, zmyłek i zakrętów, wyłania się wyjaśnienie wydarzeń z przeszłości oraz tego co dzieje się w chwili obecnej, jednak ostatnie zdanie powieści i niektóre zdania, które pojawiają się wcześniej, świadczą o tym, że trudno powiedzieć, że bohaterowi naprawdę udało się odkryć całą prawdę, tym bardziej że jego matka postanowiła zataić przed nim istotny fragment tej skomplikowanej łamigłówki. Powieść jest skontruowana precyzyjnie, jej tworzenie trwało 12 lat. Składa się z pięciu tomów, a każdy tom z pięciu ksiąg. Tekstowi towarzyszą plany Londynu, fragmenty drzewa genealogicznego, a także specjalnie zaprojektowane tarcze herbowe rodów.
"Kwinkunks" to czytadło na wiele godzin, gdyż objętość tej książki jako dzieła jednotomowego jest ogromna (ma 1116 stron!). Mnie jako miłośnika literatury angielskiej XIX wieku, w tym Dickensa, ta powieść bardzo się podobała, co nie znaczy, że nie drażniło mnie nagromadzenie ciosów, które spadają na Johna i jego matkę. Można się także chwilami pogubić w zawiłościach spadkowo-prawnych i powiązaniach między poszczególnymi bohaterami, które zresztą autor celowo starał się ukryć przed czytelnikiem. Być może, żeby zrozumieć dużo więcej, trzeba ponownie przeczytać tę książkę? ;)

sobota, 13 października 2007

Lubimy czytać biografie

Lubię czytać biografie, zwłaszcza osób, które żyły w ciekawych, choć trudnych czasach. Bo dotyczą realnego życia, realnych ludzi. Dzięki nim łatwiej wyobrazić sobie jak naprawdę żyło się kiedyś, łatwiej wyobrazić sobie tamten czas i tamtych ludzi.
Chcę tu opisać trzy książki, które przeczytałam jednym tchem. Pierwszą z nich są "Wspomnienia wojenne" Karoliny Lanckorońskiej, spisane w latach 1945-1946.
Profesor Karolina Lanckorońska jest ostatnią przedstawicielką znakomitego rodu Lanckorońskich z Brzezia. Urodzona w roku 1898, przeżyła cały XX wiek, będąc świadkiem i uczestnikiem wielu historycznych wydarzeń. Jako jedyna dziedziczka gromadzonej w XIX i XX wieku kolekcji rodu Lanckorońskich poczuwała się do szczególnej odpowiedzialności wobec Polski, w 1994 roku przekazała rodakom (zamkom na Wawelu i w Warszawie) niezwykły dar - dzieła sztuki, których wartość artystyczna i historyczna nie ma sobie równej w Polsce. Swoje dramatyczne i heroiczne losy z okresu II wojny światowej utrwaliła w napisanych już po wojnie "Wspomnieniach wojennych". Zaczynają się one z chwilą zajęcia Lwowa przez wojska radzieckie w 1939 roku, a kończą na zwolnieniu z obozu koncentracyjnego w Ravensbrück w kwietniu 1945. Pokazują niezwykłą osobowość autorki, jej wulkaniczny temperament, zaradność, lwią odwagę, przekonanie do swoich racji i umiejętność działania w niejednokrotnie ekstremalnych sytuacjach. To doskonały portret kobiety silnej i imponującej swą bezkompromisową postawą wobec zła.
Warto przypomnieć , że Lanckorońska zorganizowała z ramienia polskiej Rady Głównej Opiekuńczej opiekę nad więźniami w Generalnym Gubernatorstwie. Niebanalna osoba, w niebanalnych czasach. Świetnie napisana książka. I - jak to ktoś określił słusznie - lektura tych wspomnień to lekcja prawdziwego patriotyzmu i oddania Wielkiej Sprawie. Próżno szukać obecnie takich ludzi, zostało ich niewielu. Takie książki powinny być czytane w szkołach.

Druga książka to "W ogrodzie pamięci" Joanny Olczak-Ronikier. Pięknie
edytorsko wydana, ze zdjęciami w sepii, rodzinna saga Horowitzów i Mortkowiczów.
Akcja tej rodzinnej sagi toczy się w Warszawie, Paryżu, Moskwie, Bombaju, Ostendzie i Nowym Yorku, w burżuazyjnych salonach, europejskich kurortach, w carskim więzieniu, sowieckich łagrach i okupacyjnych kryjówkach. Jej bohaterami są - połączeni więzami krwi - kupcy i socjaliści, bankierzy i emancypantki, francuscy bankierzy i polscy intelektualiści, słynny wydawca, oficer kontrwywiadu, bohaterski lotnik RAF-u, amerykański psychiatra. Cztery pokolenia i ponad sto pięćdziesiąt lat trudnych wyborów, prób asymilacji, szukania własnego miejsca na Ziemi i prawdziwych ludzkich namiętności, których z całą pewnością starczyłoby na niejeden świetny scenariusz filmowy - tym wszystkim dzieli się z czytelnikiem autorka opowiadając historię swojej licznej rodziny.
Książkę czytałam z dużym zainteresowaniem, bo i pojawiały się w niej takie osoby jak Józef Piłsudski. A losy członków rodziny i ich wybory drogi życiowej były frapujące.

Ostatnio przeczytaną przeze mnie biografią jest książka "Był dom... Wspomnienia" Anny Szatkowskiej - córki Zofii Kossak-Szczuckiej (Szatkowskiej).
Bogato ilustrowana, niezwykła historia rodziny Kossaków osnuta wokół XX-wiecznej historii Polski! Wspomnienia Anny Szatkowskiej odnoszą się do losów rodziny Kossaków (dziadkowie z rodziny Kossaków, matka: Zofia Kossak-Szczucka). Dzieje rodzinne pokrywają się nieuchronnie z ówczesną, skomplikowaną historią Polski. Wspomnienia sięgają od lat przedwojennych, przez okres wojny, po lata 60-te. Autorka oddaje specyfikę tamtego czasu, przedstawia historię barwną, pełną drobiazgów, jednocześnie wierną faktom. Przez karty książki przewijają się znane postacie historyczne, przyjaciele i znajomi autorki. W każdej z tych postaci odbija się jakaś część dziejów Polski i Europy. Najważniejszą rolę odgrywa w książce matka autorki, Zofia Kossak, której działalność staje się punktem odniesienia do własnego życia Anny Szatkowskiej. Niewątpliwym dodatkowym atutem wspomnień jest przejmująca, zarejestrowana dzień po dniu, szczegółowa relacja z Powstania Warszawskiego. W obrębie książki znalazły się bowiem obszerne fragmenty dziennika spisywanego kilka tygodni po upadku Powstania. Pięknie nakreślony jest okres przedwojenny, a najbardziej wstrząsający jest dziennik z Powstania Warszawskiego, gdzie prosto opisany codzienny heroizm splata się z grozą wojny, która dotyczy każdego jej uczestnika.

niedziela, 7 października 2007

Magnat

Książka mojej ulubionej pisarki Marii Rodziewiczówny z 1900 roku, rozwija wątek konfrontacji dwóch światów i straconych złudzeń. I jak większość jej powieści czyta się świetnie. Fabuła wciąga, bohater jest posągowy, niemal mityczny, w czym przypomina Marka Czertwana z "Dewajtis". Jego walka o honor jest imponująca, choć wielkopańskie ambicje podobały mi się już nieco mniej.
Tytuł może mylić, (tym bardziej że jest film pod tym tytułem, który mówi o czymś zupełnie innym), bo nie o magnacie tu mowa, ale o zubożałym ziemianinie, który zostaje rządcą u bogatej magnatki Wojewódzkiej. Po jej śmierci jest przez jej rodzinę niesłusznie oskarżony o kradzież gotówkowego spadku. Wyjeżdża na swojej czystej krwi klaczy (wykupił jej matkę przed śmiercią) w poszukiwaniu ziemi i pracy, pamiętając jednak o zemście za to posądzenie i plamę na honorze. Chce być wreszcie na swoim, nie pracować za pieniądze, więc kupuje korzystnie majątek Mniszew. Nie straszny mu widok trzech mogił przed gankiem, który wszystkich potencjalnych nabywców tej ziemi odstraszał, nawet daje na mszę za duszę dawnych właścicielek. Wreszcie jest na swoim. Może wziąć się do pracy i sprowadzić matkę i sierotę Józię, którą przygarnęli. W okolicy Mniszewa mieszka jego krewny, dzięki któremu Aleksander poznaje towarzystwo. Jest tam także hrabianka Gizela, w której bohater się zakochuje. Hrabianka jednak igra z uczuciami zubożałego szlachcica, w czym przypomina Izabelę Łęcką. Bawi ją i fascynuje tak odmienny od tych których zna mężczyzna, ale małżeństwo to jednak poważna sprawa i trzeba wybrać rozsądnie. Trudno jej wyjść poza swoją sferę, Aleksandra traktuje głównie jak rządcę. Jednak dla niego to wielka miłość, z której nie potrafi się otrząsnąć. Okoliczne towarzystwo docenia zdolności Aleksandra i podziwia go za to jak sobie radzi z Mniszewem. Każdy go chce jako rządcę swego majątku, ale on przyjmuje za punkt honoru, żeby nigdy już nie pracować u nikogo za pieniądze. Jednak dobroczyńcom i przyjaciołom pomaga. W tym Gizeli.... Bohater mi się bardzo podobał, choć nie jest kryształową postacią. Jest dość gwałtowny i pamiętliwy. Nie potrafi znieść zniewagi i musi się zemścić na tych, którzy sponiewierali jego honor. Nie mogę mu jednak darować miłości do tej pustej arystokratki - Gizeli. Miałam nadzieję, że się w końcu opamięta. Żal mi też było Mniszewa i tej staruszki, która wprowadziła się do tego domu i jej dalszych smutnych losów. Zakończenie mogło być zupełnie inne. To tak jakby Aleksander nie myślał o Józi, o matce. Tylko o tej nierozsądnej miłości. Jakby ta ostatni ujma na honorze była dla niego nie do wytrzymania...

sobota, 22 września 2007

Katyń

Prawda o Katyniu była ukrywana przez lata. Do tej pory nie wyjaśniono wszystkich szczegółów tej zbrodni. Prawdopodobnie takich miejsc jak Katyń było więcej (mówi się m.in. o Bykowni koło Kijowa). Rosjanie zamknęli archiwa, gdyż nie zależy im na tym, by była znana prawda o tych wydarzeniach. Utwory literackie mówiące o tej sprawie były zakazane, nie można było kręcić filmów poświęconych Katyniowi. Temat właściwie nie istniał, choć wymordowano tam 15 tysięcy oficerów polskich. Ale temat to niesłychanie ważny, obecny w świadomości milonów Polaków. O tym jak trudno i dziś było nakręcić ten film świadczy to, że scenariusz tego filmu jest trzydziestym scenariuszem z kolei, że reżyser po wielu próbach wybrał taką, a nie inną wersję. Ostatecznie bowiem oparł się nie na specjalnie napisanej na potrzeby filmu powieści Włodzimierza Odojewskiego "Milczący niepokonani", lecz na "Post mortem" Andrzeja Mularczyka.
Film Andrzeja Wajdy jest pierwszym obrazem fabularnym, który mówi o Katyniu. Jest dziełem osobistym, bo jego ojciec tam właśnie zginął, a matka całe życie czekała na swego męża, nie wierząc do końca w jego śmierć. I ten film właśnie więcej mówi o rodzinach ofiar i o kłamstwie katyńskim czyli ukrywaniu prawdziwych sprawców tej zbrodni, niż o samych oficerach. W związku z tym można postawić zarzut reżyserowi, że większość sekwencji dzieje się w Krakowie pod okupacją niemiecką, a potem w pozornie wolnej Polsce, znajdującej się jednak pod wpływami Rosji Radzieckiej, gdzie ci którzy mieli odwagę mówić prawdę byli zastraszani i więzieni. Pokazane są postawy ludzi - tych niepokornych i tych, którzy zgadzali się na ukrycie prawdy, bo groziło to aresztowaniem, bo trzeba żyć, bo "i tak nie będzie wolnej Polski".
W tym filmie zostali niejako zrównani obaj okupanci - i ten niemiecki, który umieścił w obozach zagłady profesorów UJ, i ten sowiecki - który skazał na śmierć oficerów, a więc - praktycznie całą elitę intelektualną, która mogłaby w przyszłości, po wojnie, zająć się wskrzeszeniem wolnej Polski.
Film zaczyna się symbolicznie sceną na moście, na którym spotykają się uchodźcy z terenów Polski zajętej przez Niemców, i ci którzy zostali zaskoczeni wkroczeniem na tereny wschodniej Polski najeźdźcy sowieckiego, a więc w dniu 17 września 1939 roku. Nie ma żadnych scen pokazujących kampanię wrześniową (może szkoda?). Oficerowie (niektórzy z nich nawet nie mieli okazji walczyć) zostają umieszczeni w obozie i nie wiedzą, co się z nimi stanie, ale tak naprawdę nie wierzą, że mogą zostać brutalnie zamordowani. I świadomość, że oni wszyscy zginęli jest tu bardzo poruszająca.
Właściwie nie ma jednego głównego bohatera, choć z pewnością uwaga w scenach obozowych skupia się na czterech postaciach granych przez Artura Żmijewskiego, Andrzeja Chyrę, Pawła Małaszyńskiego i Jana Englerta. Jest więc sekwencja pożegnania rotmistrza z żoną i małą córeczką, są sceny kręcone w obozie: rozmowy między oficerami, ładna scena Wigilii i wspólnego śpiewania kolendy. Potem jednak gdy wiadomo, że jedna z grup oficerów zostaje wywieziona z obozu w Kozielsku w niewiadomym kierunku i w niewiadomym celu (choć większość cieszy się z tej odmiany) akcja przenosi się do Krakowa i mówi już o ich rodzinach (tu główne postaci to żona rotmistrza - postać odtwarzana przez Maję Ostaszewską, żona generała grana przez Danutę Stenkę i siostra porucznika grana przez Agnieszkę Cielecką), o odkryciu grobów katyńskich przez Niemców i próbie wykorzystania tego przez nich do swoich celów, potem po wyzwoleniu Polski przez Sowietów o zrzuceniu winy za tą zbrodnię na Niemców i o różnych postawach ludzkich, także o oficerze polskim, który nie zginął w Katyniu, lecz wyzwalał Polskę wraz z Armią Radziecką, mimo że znał prawdę o tej zbrodni i tak samo mógł tam zginąć jak jego przyjaciele. (Ten wątek nie jest zresztą rozbudowany i nie wiemy jak to się stało, że porucznik Jerzy przeżył, wstąpił do armii Berlinga i jak awansował).
Oczywiście można się zastanawiać czemu w tym filmie okupacja hitlerowska została pokazana tak, jakby ludzie żyli w tym czasie normalnie (a może w Krakowie tak było?), że jest tylko mała wzmianka o Powstaniu Warszawskim, po co była scena z kapitanem rosyjskim, który pomaga żonie polskiego oficera czyli dobrym Rosjaninem? Czemu tak wiele scen toczy się w Krakowie? Czemu jest tak dużo wątków pobocznych, nie związanych z główną akcją epizodów? Oczywiście są wśród nich także sceny bardzo ważne.
Znamienna jest sekwencja, w której dwóch żołnierzy radzieckich rozrywa polską flagę i wiesza na budynku czerwoną flagę, a białą część wykorzystuje jako onucę.
Piękna jest scena z różańcem, który w chwili zwątpienia dostaje od księdza w obozie młody porucznik pilot, a potem trzyma go w rękach aż do końca, a potem ten sam różaniec zostaje oddany jego siostrze. Ale jednak najważniejsze w tym filmie są sceny końcowe - te dziejące się w piwnicach NKWD i w lesie katyńskim - nie pozostawiające nikogo obojętnym, wstrząsające, bardzo brutalne i kręcone na zimno, bo ta zbrodnia była zaplanowana, i systematycznie, niemal mechanicznie, wykonana. To jest właśnie prawda o Katyniu.
Film który trzeba obejrzeć, który warto obejrzeć.

wtorek, 18 września 2007

The Governess (Guwernantka)

Historia Rozyny, pochodzącej z bardzo bogatej żydowskiej rodziny, która po śmierci ojca zmuszona jest do podjęcia pracy. Ukrywając semickie pochodzenie, zostaje zatrudniona jako guwernantka przez rodzinę mieszkającą w Szkocji. Tam nawiązuje namiętny romans z Charlesem, ojcem dzieci, które uczy. W rolach głównych: Minnie Driver (Rozyna da Silva), Tom Wilkinson (Charles Cavendish), Jonathan Rhys Meyers (Henry Cavendish).
Początek filmu mnie bardzo zaskoczyl, bo nie tego się spodziewałam patrząc na zdjęcia reklamujące film. W pierwszej scenie widzimy bowiem wnętrze synagogi i modlących się w niej Żydów ( sefardyjskich). Wśród nich jest młoda dziewczyna Rozyna (Minni Driver), ktora mieszka z rodziną w dużym domu w Londynie. Jednak kiedy jej ojciec zostaje zamordowany, pozostaje jej wybrać jedną z trzech możliwości: wyjść za mąż bez miłości za jakiegoś wyswatanego jej przez rodzinę starszego Żyda, zostać prostytutką lub zająć się domem. Postanawia zmienić nazwisko, nazwać się (przewrotnie) panną Mary Blackchurch i postarać się o posadę. Wyjeżdża więc daleko od rodziny i rodzinnego domu do zamożnego angielskiego domu Cavendishów w Szkocji. Zatrudnia się jako guwernantka i ma opiekować się kilkunastoletnią dziewczynką. Trudno jest Rozynie zaadaptować się w nowym środowisku, tym bardziej, że udaje katoliczkę, a świat Cavendishów jest tak inny od jej świata. Pan domu, Charles Cavendish (Tom Wilkinson), zajmuje się fotografią, jest to połowa XIX wieku (lata 40-te), więc jest to praca pionierska. Stopniowo zaczyna on młodą dziewczynę fascynować, a i on nie jest obojętny wobec jej egzotycznej urody. W tym miejscu film zaczyna przypominać "Dziewczynę z perłą" bo i analogii jest sporo. Mamy więc mistrza i asystentkę, "camerę obscura", odczynniki (poprzez analogię do farb), obrazy fotograficzne i pozowanie do zdjęć. Warto przypomnieć, że ten sam Tom Wilkinson zagrał w "Dziewczynie z perłą" postać Pietera Van Ruijvena - mecenasa Van der Meera! Wydaje się jakby Cavendish i Rozyna żyli we własnym świecie, żona właściwie nie rusza się z pokoju, ale jej spojrzenia są trochę dwuznaczne (może podejrzewa co się dzieje, ale nie przeszkadza mężowi?). Guwernantka spędza w studiu fotografa coraz więcej czasu. Cavendish ma problem z utrwalaniem zdjęć, a Rozyna znajduje sposób na to by obraz z czasem nie zanikał. Ich relacje stają się intymne, można powiedzieć, że to namiętna Rozyna go uwodzi, a on się temu poddaje.... Zaczyna ją fotografować, a ona sama uświadamia sobie, że fotografia pozwala utrwalać na zawsze obrazy i ludzi, i zaczyna patrzeć na świat od strony obiektywu. Zakończenie jest nieco zaskakujące, wiec nie będę dalej opowiadać.
Film jest ciekawy, są piękne obrazy i można się zachwycać, jednak miałam chwilami mieszane uczucia. Zwlaszcza jeśli chodzi o postać Rozyny. Udawała kogoś kim nie była, na ile więc była szczera w uczuciach? I czy nie chodziło jej głównie o osiagnięcie samodzielności? I tak naprawdę mało się zajmowała swoją podopieczną, całą swoją uwagę skupiając na intrygującym ją Cavendishu, ktorego właściwie wykorzystuje.

poniedziałek, 17 września 2007

Jerychonka

Po raz pierwszy drukowana na łamach "Kuriera Warszawskiego" w latach 1894-1895.
Jedna z najlepszych powieści Marii Rodziewiczówny. Opowiada o krakowskim środowisku artystycznym i inteligenckim, malarce Magdzie Domontównie, jej miłości, poświęceniu i straconych złudzeniach.
Jest w tym utworze trójkąt miłosny - ona (Magda), on (Filip - jej młodzieńcza miłość) i ta trzecia - zimna i wyrachowana (baronowa Feustwanger).
To, jak to określił jeden z krytyków literackich, klasyczna walka Anioła z Kobietą Fatalną o duszę bohatera.
Ale jest też ten czwarty - zakochany w Magdzie biedny artysta - Andrzej Oryż. Ciekawa postać - bardzo brzydki, ale jednocześnie bardzo interesujący mężczyzna. Wrażliwy człowiek, który udaje gorszego niż jest i potrafi dla dobra ukochanej poświęcić samego siebie.
I jest też środowisko - plotkarskie "towarzystwo", które jest zdolne w jednej chwili kogoś uwielbiać, żeby w następnej potępić, które jest łaskawsze dla zdradzającego mężczyzny, niż dla zdradzanej kobiety, które potrafi potępić uczciwą kobietę, a rozgrzeszyć winowajcę.
Jestw tej opowieści także trochę uwag o sztuce, jej posłannictwie i krytykach.
Symboliczna jest tytułowa jerychonka (róża jerychońska), która uchodzi za odwieczny symbol szczęścia, długowieczności i nieprzemijającego piękna. To roślina rosnąca na pustyni, która według legendy, jeśli stworzy się jej odpowiednie warunki - rozkwita. Tak właśnie bohaterka próbuje ratować ukochanego i jego malarski talent przed zatraceniem.
Powieść czyta się lekko, nawet mogę powiedzieć, że się ją pochłania. Losy bohaterów wciągają. Ja spędziłam nad nią kilka przyjemnych godzin.

sobota, 8 września 2007

La Veuve de Saint Pierre (Wdowa z wyspy św. Piotra)

Ponura historia rozgrywająca się na północnych krańcach cywilizowanego świata w zimnym i mglistym rybackim miasteczku na francuskiej wyspie Saint Pierre w pobliżu Kanady. Połowa XIX wieku. Pewnej nocy zamordowany zostaje rybak. Morderstwo to, głupsze i bardziej absurdalne niż większość ludzkich zbrodni, nie stanowi problemu dla lokalnego sądu. Sprawcy zostają skazani. Wyrok nie może jednak zostać wykonany, bo na wyspie, gdzie położone jest miasteczko, nie ma kata ani gilotyny. Wykonanie wyroku zostaje odroczone, a zabójca Neel Auguste znajduje nieoczekiwanych opiekunów w osobach nadzorującego go kapitana Jeana i jego pięknej żony, Madame La, która pragnie mordercę pogodzić z Bogiem i społeczeństwem. Nie chce przyjąć do wiadomości, że człowiek może być z gruntu zły i wierzy w możliwość zrehabilitowania skazańca.
Historia oparta na faktach autentycznych.
W rolach głównych: Juliette Binoche, Daniel Auteuil, Emir Kusturica.

Neel Auguste (grany przez Kusturicę) zostaje skazany na śmierć za zabójstwo, którego dokonał właściwie bez powodu. Jednak na wyspie nie ma ani gilotyny, ani kata. Gubernator wyspy wysyła do Paryża prośbę o przysłanie tego urządzenia. Tymczasem skazaniec zostaje przewieziony do więzienia w garnizonie wojskowym, którym dowodzi kapitan Jean (Auteil). Jego żona (Binoche) od pierwszej chwili interesuje się więźniem, uważa, że zbrodniczy czyn został dokonany pod wpływem alkoholu i wierzy w wewnętrzną dobroć skazańca. Kapitan, kierując się życzeniem żony, otwiera celę i proponuje więźniowi prowadzenie jej małej szklarni na dziedzińcu koszar. Z czasem skazaniec towarzyszy Madame La w jej wędrówkach po wyspie i pomaga w różnych sprawach jej mieszkańcom. Staje się osobą rozpoznawaną i lubianą. Podczas gdy po wyroku sądu mieszkańcy wyspy rzucali w Neela kamieniami, teraz już nikt nie chce by skazaniec został stracony. Żona kapitana uczy go czytać, powstaje między nimi emocjonalna więź, która właściwie nie ma jasnego podtekstu erotycznego, przynajmniej z jej strony. Wkrótce Neel poznaje jedną z mieszkanek wyspy, która zachodzi z nim w ciążę. Więzień bierze ślub, a jego świadkiem jest kapitan. Mija mroźna zima.
W końcu do portu zawija statek z gilotyną, nikt z mieszkańców początkowo nie chce pomóc w jej przetransportowaniu na wyspę. Zgłasza się Neel, który pragnie zarobić pieniądze, by pomóc swojej żonie i jej dziecku, choć wie że ta gilotyna przybyła z jego powodu. Ponieważ żaden z mieszkańców nie chce być katem, władze wyspy zmuszają przybyłego z rodziną na tym samym statku mężczyznę do przyjęcia tej pracy, grożąc wobec nieprzyjęcia propozycji wydaleniem z wyspy. Madame La umożliwia Neelowi ucieczkę, jednak on powraca, bo nie chce by kapitana i jego żonę spotkała kara za nieupilnowanie powierzonego im więźnia.
Kapitan odmawia osłaniania przed mieszkańcami egzekucji Neela, choć wie że ta odmowa może mu grozić poważnymi konsekwencjami. Władze wyspy donoszą zwierzchnikom w Paryżu o buncie kapitana...

Bardzo interesujący film, ale i bardzo smutny. Na początku uznałam go za dziwny i nie byłam pewna czy mi się będzie podobał, potem jednak surowy nastrój i sama historia wciągnęły mnie na tyle, że teraz wiem, że film naprawdę warto zobaczyć. Mówi o uczuciach, miłości, wierze w wewnętrzną dobroć i szlachetność, o sprawiedliwości i karze śmierci, o wierności ideałom i poświęceniu oraz o wolności w nieprzyjaznym krajobrazie i w trudnych czasach. Film nie jest jednoznaczny. Właściwie cały opiera się na obrazach, spojrzeniach. Nie ma zbyt wiele dialogów, a te które są, mówią więcej niż całe strony tekstu. Cała uwaga widza jest skoncentrowana na tym osobliwym trójkącie. Głęboka miłość łączy kapitana i jego żonę. W spojrzeniach, jakie on na nią kieruje, widać jak bardzo ją kocha i że właściwie rozumieją się bez słów. Ufa żonie bezgranicznie i nie jest o nią zazdrosny, doskonale ją rozumie i broni przed osobami nieżyczliwymi. W nich obojgu widać umiłowanie wolności, których symbolami są kwiaty hodowane przez Madame La w szklarni w surowym klimacie oraz piękny koń, sprowadzony dla kapitana, na którym udaje się on często na przejażdżki na wybrzeże.
Z kolei skazaniec jest wdzięczny za zainteresowanie, jakie mu okazała żona kapitana, jej dobroć i pomoc, prawdopodobnie ją kocha, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę, że kara mu się słusznie należy, więc godzi się z losem, i jednocześnie nie chce narazić kapitana i jego żony, którzy mu zaufali, na jakieś przykrości. Natomiast kapitan i Madame La uważają, że wyrok powinien zostać anulowany, bo dotyczył jakby kogoś innego, bo skazaniec okazał się dobrym, uczynnym i odpowiedzialnym człowiekiem. Władze wyspy, które reprezentuje gubernator są jednak nieubłagane, reprezentują bezduszny wymiar sprawiedliwości.
Dramat przeżywają wszystkie trzy osoby połączone więzią uczuciową - kapitan który z miłości do żony osłania niejako relacje jej z więźniem, sprzeciwia się jego egzekucji i ryzykuje tym samym własnym życiem, i więzień, który kocha zarówno Madame La, jak i kobietę, z którą ma dziecko, i sama żona kapitana, która traci obu kochanych przez siebie mężczyzn - tego, którego trochę traktuje jak własne dziecko i tego, ktorego kocha jak mężczyznę. Zostaje podwójną wdową. Jednak nic nie jest w stanie rozdzielić kochających się ludzi, o czym świadczą ostatnie słowa kapitana: "Nie mogą nic zrobić, by nas skrzywdzić".
Bardzo mi się podobali wszyscy trzej główni aktorzy: świetna Juliette Binoche, intrygujący Daniel Auteil i żywiołowy Emir Kusturica, który gra tu wyciszoną, jak cały film, postać.

czwartek, 6 września 2007

Straszny dziadunio

Jedna z pierwszych powieści Marii Rodziewiczówny, nagrodzona w 1887 roku w konkursie tygodnika "Świt". Jej akcja zbudowana została na osobliwym pomyśle tytułowego strasznego dziadunia, który niepewny siły charakteru swych spadkobierców, umyślił sobie poddać ich próbom. Bezwzględne eksperymenty omal nie łamią życia jedynego pozytywnego bohatera, w którego szlachetność czytelnik nie wątpi ani przez chwilę.
To urocza powiastka o młodym chłopaku, Hieronimie Białopiotrowiczu, który żyje biednym studenckim życiem, a w dodatku jest poddawany różnym życiowym próbom, hartującym jego charakter, które w rezultacie wyniszczają jego zdrowie, i omal nie doprowadzają do samobójczej śmierci. Los okrutnie doświadcza Hieronima, zabiera mu wszystko to co jest dla niego najważniejsze: ukochaną dziewczynkę - sierotę Bronkę, którą uratował z powodzi, wziął do wspólnego mieszkania, a potem traktował niemal jak córeczkę; jedynego wiernego przyjaciela Żabbę (to najsmutniejszy epizod), pierwszą miłość, która okazała się niegodna jego uczucia, a na końcu honor i dobre imię, kiedy zostaje niesłusznie oskarżony o kradzież.
Cały czas sprawuje dyskretną acz niewidzialną pieczę nad bohaterem tytułowy straszny dziadunio, który z pomocą oddanego sługi obserwuje wychowanka i stara się go wykreować na porządnego człowieka.
Tą krótką powieść czytałam z dużą przyjemnością. Najmilsze są w niej sceny z uratowaną z powodzi dziewczynką, która staje sie bohaterowi niezmiernie droga, a którą nagle z niewiadomych powodów traci. To urocze fragmenty (trochę przypominały mi początkowe rozdziały powieści "Vilette" Charlotte Bronte, a może też "Dzikuskę" Zaruskiej?). Ładny, ale i smutny jest wątek Żabby - współlokatora, dla którego finansowa pomoc dziadunia przyszła za późno. W ogóle odnosimy wrażenie, że dziadunio trochę przeholował w testowaniu swojego wychowanka... mogło się to skończyć tragicznie. Aczkolwiek w końcowym epizodzie winę ponosi także Wojcieszek - beztroski brat Hieronima i zarazem drugi wychowanek strasznego dziadunia, którego pieniądze (tak skąpo przydzielane Hieronimowi) zepsuły. Tak naprawdę czytelnik wie jednak od początku, że różnica tkwiła w charakterze obu chłopców, gdyż to Hieronim zapamiętał na całe życie zdanie, które powiedziała do niego matka: "Bądź prawym" i starał się zawsze postępować zgodnie z tym zaleceniem - we właściwy sposób.

środa, 5 września 2007

The Cinder Path (Ścieżka cierpienia)

Film nakręcony według powieści Catherine Cookson. W głównych rolach : Lloyd Owen, Catherine Zeta-Jones, Madelaine Newton, Ralph Ineson, Tom Bell, Maria Miles. Reżyseria: Simon Langton (znany z "Dumy i Uprzedzenia" 1995)
Zamożny farmer - Edward MacFell, ojciec Charliego i Betty jest dla całej rodziny tyranem, znajduje przyjemność w gnębieniu i poniżaniu podporządkowanych sobie ludzi, fizycznie i psychicznie. Symbolem jego tyranii jest tytułowa "cinder path" - żużlowa ścieżka, która biegnie za domem. MacFell ma zwyczaj karać za przewinienia każąc winowajcy czołgać się gołymi nogami po żużlu. Pewnego dnia czara goryczy przepełnia się i zdesperowany pracownik - Arthur Benton robi zamach na farmera. Świadkiem morderstwa jest Charlie, który jednak postanawia ukryć ślady zbrodni w imię przyjaźni ze sprawcą i w imię sprawiedliwości, bo uważa, że ojciec swoim postępowaniem doprowadził do tego. Jednak całe zdarzenie widział także inny z pracowników - Slater, który wcześniej doświadczył kary na żużlowej ścieżce. Pierwszą rzeczą, którą robi Charlie, kiedy dziedziczy po ojcu posiadłość, jest zlikwidowanie nieszczęsnej ścieżki, której nienawidzi. Jednak Slater daje mu do zrozumienia, że nabytą wiedzę o morderstwie może wykorzystać przeciw niemu i rodzinie.
Charlie żeni się z wybraną przez ojca bogatą dziewczyną z sąsiedztwa - piękną Victorią Chapman, ale nie jest szczęśliwy, bo żona go nie kocha. Tymczasem zadurzona jest w nim jej siostra - młodziutka Nellie, którą Charlie traktuje jak dziecko.
Wybucha I wojna światowa, Charlie zaciąga się do wojska i trafia do kompanii, której dowódcą jest sierżant Slater, ten postanawia zemścić się za doznane krzywdy. Dla chłopaka zaczynają się trudne chwile, bo Slater postępuje podobnie jak ten, który go poniżał - stara się zastraszyć i poniżyć Charliego. Oto w skrócie fabuła.
Ponad dwugodzinny film oglądałam z dużą uwagą. To wciągająca historia. Rola Catheriny Zety-Jones (choć jest na okładce) jest właściwie epizodyczna. Głównym bohaterem filmu jest bowiem właśnie Charlie (Lloyd Owen), początkowo młodziutki i nieco zastraszony przez ojca chłopak, który w ciągu kilku lat, pod wpływem wielu przeżyć staje się mężczyzną i odkrywa miłość, której nie doceniał. Mimo poniżenia potrafi zachować spokój i godność, poznaje co to przyjaźń i braterstwo broni, a z czasem staje się dzielnym oficerem. To epicka opowieść o dojrzewaniu, nabieraniu doświadczeń, hartowaniu charakteru. I o karze, która w jakiś sposób dotyka prawie wszystkich, bo każdy z bohaterów ma jakieś grzechy na sumieniu - farmer był sadystą, Slater się mścił, Benthon - zabił, Charlie - zataił morderstwo, Victoria - zdradzała męża, Nellie - piła, a Polly żeby chronić brata, wyszła za mąż bez miłości.

poniedziałek, 3 września 2007

Dewajtis

Powieść Marii Rodziewiczówny, nagrodzona w 1888 r. w konkursie "Kuriera Warszawskiego". Umiejscowiona na Żmudzi historia zaściankowo-dworska, podobna w klimacie do wydanej niemal jednocześnie epopei "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Jak tam, życie bohaterów obraca się wokół jednej tylko sprawy: utrzymania ziemi, dziedzictwa i tożsamości narodowej, a jedynym miernikiem wartości człowieka jest jego stosunek do pracy.
To jedna z najciekawszych i najpiękniejszych książek polskich. Pisana soczystym, pełnym wzruszeń językiem i wzruszenia wywołującym. Opowieść o Żmudzinie, Marku Czertwanie, który wzorem dawnych rycerzy walczy nie zbrojnie lecz pracą rąk własnych o ziemię ojców, tak by została w polskich rękach, by się nie zmarnowała. Jest on niczym mityczny bohater – samotny, niezrozumiany, milczący, twardy jak skała, i jak skała wierny. I tylko przed miłością - swego serca jak z kamienia ociosanego zamknąć mu się nie uda. I tylko swej ukochanej ulega.
Marek Czertwan podejmuje się z woli ojca zarządu nad Poświciem - majątkiem Orwidów, którzy po powstaniu styczniowym opuścili kraj. W wyniku działu rodzinnego dla siebie dostaje po rodzonej matce jedynie niewielki, mało urodzajny kawałek ziemi, który powierza opiece starego druha - Rymko Ragisa i przygarnia do siebie niepotrzebną macosze, bo niemłodą już ciotkę Anetę. Resztę rodzinnych włości dziedziczy przyrodnie rodzeństwo, w tym najmłodszy brat - Witold, który sam gospodarować nie potrafi, sprowadza jako rządcę Niemca, a pieniądze traci na pobyt w mieście.
Tymczasem Marek ciężko pracuje na nie swojej ziemi, wypełniając narzucony przez ojca obowiązek, nie wiedząc czy kiedykolwiek Orwidowie wrócą i czy jego starania komuś się przydadzą. Czuwa także nad ojcowizną, by brat jej nie stracił i nie wyprzedał ziemi obcym. Podejmuje się też administrowania działu siostry, która pragnie się uczyć, oraz pomaga schorowanej wdowie Janiszewskiej w prowadzeniu młynów. Skupując ziemię za długi brata nie zyskuje jego wdzięczności, lecz zawiść zarówno nieudolnego Witolda jak i samej macochy, która ma za złe Markowi, że zarządzane przez niego dobra przysparzają mu dochodu, a w ich majątku źle się dzieje, a długów coraz więcej.
I wreszcie wątek miłosny. Do majątku rodzinnego wraca bowiem córka Orwidów – Irena, która poznawszy kraj przodków postanawia się w nim osiedlić, z pewnością zauroczona osobą Czertwana. Bohater ten jakby ze stali, potrafi się bronić nawet przed tą miłością, ale tylko do czasu, bo tej jednej słabości w końcu ulega.

Wiele w tej powieści pięknych scen, niczym z baśni wziętych, wiele wspaniałych postaci, takich jak kaleki Rymko Ragis, czy ciotka Aneta, kochający Marka i mu oddani, którzy w tej nędznej chacie potrafią sobie i jemu stworzyć ciepły dom. Niezapomniana jest scena, w której Rymko gra na flecie i zbiegają się do niego dzikie zwierzęta, zasłuchane i jakby zahipnotyzowane jego muzyką. Tragiczna ta gdy te same zwierzęta giną w pożarze wraz z chatą i całym ich dobytkiem lub kiedy umiera strudzona długim biegiem wierna klacz Białka czy omal nie zostaje zniszczony przez zachłanne i niczego nie rozumiejące ręce dąb Dewajtis. I wreszcie chwytająca za serce, gdy chłopi z sąsiedztwa jako podziękowanie za pomoc im okazywaną przynoszą Markowi dary na zagospodarowanie i siłę własnych rąk w tej najtrudniejszej dla niego chwili.
Piękny jest język w tej powieści, kresy przywołujący i tęsknotę za bohaterami, którzy potrafili bronić dziedzictwa, tradycji i polskości, nawet w najgorszych czasach. Ciężka to praca na kresowej wsi, gdzie trzeba było nie tylko zagospodarować ziemię, często dziką, nie zawsze urodzajną, toczyć boje z żywiołami, które potrafiły w niwecz największe starania obrócić, opierać się obcemu zalewowi, ale i toczyć boje z zawiścią ludzką.
Ta walka nie przyniosłaby zwycięstwa, gdyby nie było w ludziach szacunku dla natury, która potrafi odbierać, ale i hojnie dawać. Dla Marka Czertwana prastary dąb Dewajtis jest symbolem tego co najświętsze, ojcowizny, źródłem energii, powiernikiem najskrytszych marzeń i świadkiem ważnych życiowych postanowień.
I ten Dewajtis w Hruszowej, co wieki całe przeżył, tyle pokoleń ludzkich, on jeden trwa dalej, wrośnięty w ziemię, potężny, a pod nim ten napis na płycie widnieje: Pamięci wielkiej polskiej pisarki Marii Rodziewiczówny (1864-1944) wdzięczni za jej twórczość, niniejszą, ustawioną pod dębem "Dewajtis" tablicę, fundują Rodacy.

niedziela, 2 września 2007

Angel

Ponure wiktoriańskie miasteczko Norley jest miejscem, z którego chce się uciec. Ale dokąd, skoro Londyn jest oddalony o wiele mil... O tym, by pojechać do stolicy i zacząć tam ekscytujące życie, marzy Angel, córka sklepikarki. Angel każdą wolną chwilę spędza na pisaniu romansów, w których wszystkie bohaterki są piękne, wytwornie ubrane, szczęśliwe i adorowane przez przystojnych, bogatych mężczyzn. Pewien londyński wydawca orientuje się, że tandetne, cukierkowate romanse Angel trafiają w gust tysięcy ludzi i mogą mu przynieść górę pieniędzy.
Film jest ekranizacją poczytnej książki Elizabeth Taylor. Postać Angel wzorowana jest na autentycznej postaci XIX wiecznej pisarki Marie Corelli. Reżyseria Francois Ozon.
W głównych rolach wystąpili: Romola Garai (Angel), Michael Fassbender (Esme).
Film może budzić mieszane uczucia. U mnie też wzbudził takie uczucia, bo nie jest konsekwentny. Tak jakby scenarzysta czy reżyser nie mogli się zdecydować czy jest to bajka, pastisz, satyra czy dramat. Konwencję bajkową sugeruje sama historia biednego Kopciuszka, który stał się bogaty i spełnił marzenia, o pastiszu świadczy stylizacja na stare melodramaty oraz niektóre sceny np. pocałunek w deszczu czy sposób filmowania jazdy samochodem (na wzór filmów z poruszającym się jedynie tłem). Satyryczne są sceny, w których widać, że Angel pisząc tak kiczowate powieści staje się jednak kimś uwielbianym przez czytelników i zamożnym. O dramacie świadczą ostatnie sceny, kiedy bohaterka uświadamia sobie, że jednak to wyśnione życie okazało się nieszczęśliwe. Trudno polubić główną bohaterkę, od początku irytuje, jest bezczelna, egoistyczna, antypatyczna. Oczywiście są fragmenty, w których można jej żałować, można zrozumieć jej chęć ucieczki od rzeczywistości, jej kreację nierealnego świata, ale trudno ją polubić.
Tytułowa Angel nie chce żyć tak jak dotąd, pragnie zamieszkać kiedyś w pobliskiej wspaniałej rezydencji o nazwie Paradise, chce być bogata, chce zostać sławną pisarką. I o dziwo, te jej nierealne na pozór marzenia się spełniają. Wydawca przyjmuje jej "Lady Iranię", jej kolejne książki świetnie się sprzedają, ma piękne stroje, jej utwory są wystawiane na scenie, jest oklaskiwana. Ma prawie wszystko o czym śniła, prócz miłości. Poznaje więc niezrozumianego przez publiczność malarza - Esme i zakochuje się w nim, bo jest on typem prowokującym i podobnie jak ona niezależnym od sądów innych. Pobierają się i zamieszkują razem w Paradise. Jednak od tej chwili mit zaczyna się kruszyć, wybucha wojna, mąż zaciąga się do armii wbrew życzeniu Angeli, która nawet nie chce słyszeć o jej istnieniu. W dodatku Esme nie okazuje się wspaniałym, wiernym kochankiem z jej powieści ( być może od początku chodziło mu o jej pieniądze), ma romans, a twórczość jej samej przestaje być modna. Mit jej życia się wali.
I niestety paradoksalnie to twórczość jej męża może z czasem znaleźć amatorów, a jedyną osobą w jej życiu która ją naprawdę kochała jest siostra Esme - Nora.
Podobały mi się w tym filmie postaci drugoplanowe: wydawca (grany przez Sama Neila) i jego żona, która od początku ma krytyczny stosunek do powieści Angel (Charlotte Rampling). To moim zdaniem najjaśniejsze punkty tego filmu. Trzeba pochwalić także muzykę Philippe Rombi, która od razu zwróciła na siebie moją uwagę.
Cały film ma żywą bajkową niemal kolorystykę.

czwartek, 30 sierpnia 2007

The Woodlanders

Koniec XIX wieku na południu Anglii. Córka kupca Melbury wraca do domu po ukończeniu szkoły w mieście. Jej ojciec ma nadzieję, że teraz znajdzie ona znacznie lepszą partię, niż jej dziewczęcy ukochany – drwal Giles. Grace poślubia więc przystojnego młodego lekarza FitzPiersa, ale wkrótce dochodzi do wniosku, że nie jest on mężczyzną o jakim marzyła i że wciąż kocha Gilesa.
Film zrealizowany na podstawie powieści Thomasa Hardy`ego. Nakręcony w lasach New Forest w Anglii. Książka nie została przetłumaczona na język polski, jej tytuł można przełożyć jako „Ludzie lasu”.
Opowiada o miłosnym czworokącie, o nieszczęśliwej miłości. Każdy z bohaterów szuka jej nie tam gdzie powinien, pożąda złudy czy tego co niedostępne, nie czując, że blisko siebie, na wyciągnięcie ręki ma szczęście. Główną bohaterką jest Grace Melbury (Emily Wooof), panna wykształcona na pensji w mieście, która po powrocie do domu za radą ojca odrzuca prostego narzeczonego, żyjącego skromnie w leśnej chatce, zakochanego w niej - Gilesa Winterbourne`a (Rufus Sewell) i wychodzi za mąż za świeżo osiadłego w okolicy wykształconego lekarza - Dr. FitzPiersa (Cal Macaninch). Tym wyborem unieszczęśliwia wszystkich. Mąż bowiem okazuje się niewierny i zdradza ją z bogatą wdową, a Giles wciąż darzy uczuciem dawną narzeczoną i nie potrafi dostrzec, że obok siebie ma zakochaną w nim prostą wiejską dziewczynę - Marty South (Jodhi May).
Gdy Grace dowiaduje się, że po śmierci kochanki jej mąż wraca do domu, zabiera torbę z rzeczami i ucieka do lasu, trafia do chatki Gilesa, który udziela jej schronienia, sam nocując w lesie. Ponieważ jednak tej nocy pada obfity deszcz i panuje przenikliwy chłód, Giles zapada na zdrowiu…
Film ma powolny spokojny rytm. To prosta historia o wyborach życiowych, lokowaniu uczuć w niewłaściwych osobach, co wydaje się czymś nieuniknionym. Także o tym jak determinuje losy bohaterów ich pochodzenie społeczne.

Wybór Grace wydaje się w sumie rozsądny. Wykształcony doktor mógł sprawić dobre wrażenie - przystojny, trochę tajemniczy, wyraźnie nią zainteresowany – nic dziwnego, że Grace go przyjęła, choć sprawiły to głównie rady ojca. Dr FitzPiers stanowił miły kontrast wobec środowiska „ludzi lasu”, wśród których wzrastała, ale od których obecnie dzieliła ją przepaść wykształcenia. Jednak nie przewidziała, że mąż był inny, niż jej o nim wyobrażenia. Tymczasem Giles od początku do końca był ten sam – prosty, szlachetny i kochający. Podobnie jak Marty South, która byłaby wierną towarzyszką jego życia, gdyby tylko odpowiedział na jej nieśmiałą miłość.
I znowu fatum, jak w większości powieści Hardy`ego, ciąży nad bohaterami.
W powieści zakończenie jest nieco inne niż w filmie (jak się wydaje) i każde jest dobre na swój sposób. To małe słówko: „Nic” jako odpowiedź na pytanie męża skierowane do niej w ostatniej scenie mówi samo za siebie.
Warto wspomnieć o Rufusie Sewellu, który obdarza granych przez siebie bohaterów niesamowitym spojrzeniem, które nadaje im ogromnego uroku. Rufus zauroczył mnie zwłaszcza rolą Lorda Marka w filmie "Tristan i Izolda", bardzo podobał mi się też w "Middlemarch", gdzie zagrał Willa Ladislawa, polskiego pochodzenia,
Męża Grace zagrał Cal Macaninch, którego pamiętam z roli w "Rockface" ("W stronę gór") - serialu, który oglądałam kiedyś w AXN, tam zresztą z kolei ma romans z żoną brata.
http://www.bbc.co.uk/drama/rockface/

środa, 29 sierpnia 2007

Staroświecki bezwstyd wzruszenia

Czytam właśnie "Tak chciałam doczekać: opowieść o Marii Rodziewiczównie" Jana Głuszeni. Jakże inaczej wówczas wyglądało wychowanie młodzieży! Pięknie autor opowiada o Jazłowcu, działalności wychowawczej Przełożonej Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek - bł. Marceliny Darowskiej i prowadzonej przez nią pensji dla dziewcząt. Jak mówiono "Matka założyła w Galicji twierdzę na obronę wiary i Polski". Były to inne czasy, gdy wychowanie w duchu patriotycznym było wyzwaniem i powinnością. Teraz to co polskie jest gorsze, zaściankowe, śmieszne. Czy straciło aktualność powiedzenie: "Przeklęty każdy, kto ziemię rodzoną rzuca, gdy mu ciężko."
Mamy wolną Ojczyznę, ale czy patriotyzm naprawdę stał się tak niemodny?

Byłam kiedyś przejazdem w Szymanowie i zajrzałam do pałacu Lubomirskich, gdzie mieści się Liceum Ogólnokształcące prowadzone przez Niepokalanki. Gdy ujrzałam te szkolne wnętrza, drewniane ławki, dziewczęta w niebieskich mundurkach i wśród nich zakonne siostry wydawało mi się, że cofnęłam się w czasie, że jestem w innej rzeczywistości. Było to dziwne uczucie, którego nie zapomnę. Czy te dziewczęta, które tam się uczą, nadal są wychowywane w takim samym duchu, jaki panował na pensji w Jazłowcu, tego nie wiem. Czas jednak nie stoi w miejscu, choć często chciałoby się go cofnąć....
Pięknie też Głuszenia pisząc o życiu Marii Rodziewiczówny opisuje Polesie, tak że przypomina się ta przedwojenna piosenka:

Polesia czar to dzikie knieje, moczary,
Polesia czar smętny to wichrów jęk.
Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary,
serce me drży, dziwny ogarnia lęk i słyszę,
jak w głębi wód jakaś skarga się miota,
serca prostota wierzy w Polesia cud.

Wzruszający jest w książce Jana Głuszeni opis ostatnich lat życia pisarki, jej przeżyć w czasie okupacji hitlerowskiej, a potem podczas powstania warszawskiego (pamiętam, że kiedyś widziałam w telewizji krótki filmik pokazujący ukrywającą się w czasie powstania w jakiejś piwnicy Rodziewiczówną jako wychudzoną staruszkę), opieki jaką roztaczali nad nią zwykli ludzie - jej wdzięczni czytelnicy - i żołnierze Armii Krajowej. Gdy żołnierze Kedywu przenosili ją na noszach po upadku powstania do szpitala Wolskiego mówili: "Wolna droga. Niesiemy Dewajtisa". Wreszcie ostatnie dni w Leonowie koło Żelaznej, gdzie schorowana i wyczerpana głodem i tułaczką pisarka zmarła.

Maria Rodziewiczówna była niebanalną osobą, przywiązana do ziemi, do prostych wartości, gospodarzyła sama w majątku, nie stroniła też od pracy patriotycznej. Była osobą religijną, a jednocześnie zafascynowana buddyzmem, stosowała buddyjską dietę ....
W majątku w Hruszowej w ziemi kobryńskiej napisała 36 powieści, które są czytane do dziś. Wszystkie właściwie są oparte na chrześcijańskich wartościach. Trochę w nich baśni, trochę opowieści o zapomnianych czasach. Mnie utkwił w pamięci wspaniały bohater mityczny jej powieści "Dewajtis" - Marek Czertwan, silny, mrukliwy, zamknięty w sobie, samotny, twardy, wydaje się skałą, która przetrwa najgorsze burze. Ulega tylko miłości ...
Darzę też sentymentem główne postaci romansu patriotycznego "Między ustami a brzegiem pucharu" - opowieści o dojrzewaniu do polskości pod wpływem miłości (nakręcony film spłycił nieco przesłanie powieści). Czyż nie pięknie są opisywani w tej powieści: nieprzejednana Tekla Ostrowska - babka hrabiego Wentzla, piękna Jadwiga Chrząstkowska i jej brat Jan czy sam majątek Mariampol?
Ten "staroświecki bezwstyd wzruszenia*" patriotyczną prozą Rodziewiczówny ma taki niewinny, słodki smak.

"Z zapisków pozostawionych przez częstego bywalca domu Rodziewiczówny, Henryka Skirmuntta, dziedzica z pobliskiego Mołodowa, można wnioskować, że Maria Rodziewiczówna lubiła życie spokojne, ale nie próżniacze, w łączności z Bogiem i przyrodą. Swój styl życia narzucała też gościom. Ułożyła dla nich nawet specjalny dekalog, który wisiał w sieni na widocznym miejscu. Brzmiał on następująco:

I. Czcij i zachowaj ciszę, pogodę i spokój domu tego, aby stały się w tobie.
II. Będziesz stale zajęty pracą według sił swych, zdolności i zamiłowania.
III. Nie będziesz śmiecił, czynił bezładu ani zamieszania domowego porządku.
IV. Pamiętaj, abyś nie kaził myśli ni ust mową o złym, marności i głupstwie.
V. Nie będziesz opowiadał, szczególnie przy posiłkach o chorobach, kryminałach, kalectwie i smutkach.
VI. Nie będziesz się gniewał, ani podnosił głosu z wyjątkiem śpiewu i śmiechu.
VII. Nie będziesz zatruwał powietrza domu złym i kwaśnym humorem.
VIII. Nie wnoś do domu tego szatańskiej czci pieniądza i przekleństw spraw jego.
IX. Zachowaj przyjacielstwo do Bożych stworzeń za domowników przyjętych, jako psy, ptaki, jeże i wiewiórki.
X. Nie okazuj trwogi, a znoś ze spokojem wszelki dopust Boży, jako głód, biedę, chorobę i najście niepożądanych gości.
Błogosławieństwo Boga i Królowej Korony Polskiej niech strzeże fundamentów, węgłów i ścian domu tego, serca i zdrowia mieszkańców - Amen.**"

Kto dziś powiesi takie przykazania w swoim domu?

* sformułowanie użyte przez krytyka literackiego - Tadeusza Nyczka
**Źródło cytatu: http://rodrodziewiczow.webpark.pl/rodziewicze.html

niedziela, 26 sierpnia 2007

"...pomiędzy smutnymi liśćmi życia..."

Czy jest coś piękniejszego niż kwitnące kwiaty?

"W świecie gdzie życie tak naturalnie łączy się z życiem, gdzie kwiat nawet w powiewie wiatru łączy się z innymi kwiatami, tylko ludzie budują sobie samotność".

[Antoine Saint Exupery]








"Abyście tylko potrafili położyć kwiaty pomiędzy smutnymi liśćmi życia!".

[Wilhelm Raabe 1831-1910 - pisarz, prekursor realizmu poetyckiego, nazywany niemieckim Dickensem, autor książki "Kronika Wróblego Zaułka]

sobota, 25 sierpnia 2007

Painted Veil (Malowany welon)

"Sometimes the greatest journey is the distance between two people"
Ten film obejrzałam już jakiś czas temu, ale warto do niego wrócić.
Oparty na powieści W. Somerset Maugham "Malowany welon" jest historią miłosną rozgrywającą się w latach 20-tych ubiegłego wieku i opowiada o młodej angielskiej parze - pochodzącym z klasy średniej lekarzu Walterze i wywodzącej się z wyższych sfer jego żonie Kitty. Małżeństwo przenosi się do Chin, gdzie Katty zakochuje się w innym mężczyźnie. Kiedy Walter dowiaduje się o zdradzie żony, w akcie zemsty postanawia przyjąć pracę w odległej wiosce, gdzie panuje epidemia cholery, i zabrać tam ze sobą Kitty. Ta podróż pozwoli parze ponownie zbliżyć się do siebie. Wszechobecne spustoszenie pobudza kobietę do refleksji nad jej przeszłym i obecnym życiem. Powoli i boleśnie uczy się kochać. Ale czy nie jest już za późno... "The Painted Veil" jest pięknie napisaną afirmacją ludzkiej zdolności do dorastania, przemiany i wybaczania.
Film opowiada o wychowanej w dobrobycie i przyzwyczajonej do wygód i spełniania własnych zachcianek Kitty, ktora przez rodzinę zostaje zmuszona do poślubienia człowieka, ktorego nie kocha. Młodzi wyjeżdżają do Chin, gdzie Walter pracuje jako bakteriolog w szpitalu w Szanghaju. Kitty jest znudzona mężem, więc romansuje z żonatym Charliem. Gdy Walter dowiaduje się o wszystkim zostawia jej wybór - albo zażąda rozwodu albo ona wyjedzie z nim w głąb kraju do ogarniętej epidemią wioski. Kity zgadza się wyjechać z mężem, bo jej kochanek - Charlie wcale nie zamierza się rozwieść z własną żoną. Czyżby Walter udawał się do cholerycznej wioski, żeby się zarazić i w ten sposób popełnić samobójstwo, może chce się pozbyć żony, a może ma do spełnienia misję - ocalić mieszkańców przed chorobą, może ma nadzieję, że żona go pokocha? Ten film wystarczy obejrzeć choćby dla wspaniałych widoków, malowniczych zdjęć. Film kręcono w Chinach, m.in. w jednej z najpiękniejszych chińskich prowincji - Guangxi, te cudowne góry i rzeki! Po obejrzeniu filmu pozostają w pamięci piękne pejzaże i sylwetki bohaterów na tym malowniczym tle. Niespieszna akcja i takie zapierające dech w piersi widoki - to bardzo lubię w kinie. No i nastrojowa muzyka Alexandra Desplat - jest wartością sama w sobie! Edward Norton podoba mi się z każdym filmem coraz bardziej, gra delikatnie, ale to ma swój urok. W pewnym sensie przypomina mi Ralpha Fiennesa, choć jest cieplejszy. Fiennes ma w sobie coś "niebezpiecznie" fascynującego, podczas gdy Norton jest trochę chłopięcy, ale urzekający. Film kończy się tak, jak ja bym go zakończyła, choć może kończy się zbyt szybko. Pewnie bym rozbudowała niektóre wątki i sceny, bo miałam lekki niedosyt . Podobno początkowo rolę Kitty miała zagrać Nicole Kidman. W sumie szkoda, bo byłaby zjawiskowo piekna, ale Naomi Watts też sobie świetnie poradziła. Skąd taki tytuł filmu? Dla mnie to symbol tego małżeństwa. Kitty wyszła za mąż bez miłości, więc welon ślubny był nieprawdziwy, lecz malowany, dopóki nie stał się prawdziwym, dopóki Kitty nie zrozumiała i nie pokochała męża.
Jednak Edward Norton podobno powiedział: "Relacja pokazana w "Malowanym Welonie" od początku wydaje się skazana na niepowodzenie, bo obydwoje - Walter i Kitty - widzą siebie nie takimi, jakimi naprawdę są, lecz przez pryzmat własnych oczekiwań i uprzedzeń. Właśnie przez tytułowy malowany welon".
I pewnie taka jest prawidłowa interpretacja, bo podobno książka kończy się trochę inaczej.....
Motto książki: . ...malowana zasłona, którą żyjący życiem zowią".




piątek, 24 sierpnia 2007

Tess of the d'Urberville

Kiedy ubogi wiejski woźnica angielski John Durbeyfield dowiaduje się, że być może jest potomkiem bogatej rodziny d'Urberville, zmusza najstarszą córkę, 16-letnią Tess, by udała się do pałacu rzekomych krewnych. Uroda dziewczyny zwraca uwagę Aleca Stoke-d'Urberville, którego ojciec w rzeczywistości kupił nazwisko wraz z majątkiem. Alec uwodzi (a właściwie gwałci) dziewczynę, która przerażona ucieka do domu. Jesienią rodzi dziecko, ale niemowlę umiera bez chrztu i Tess sama grzebie je na cmentarzu. W poszukiwaniu pracy dziewczyna trafia na farmę mleczną, gdzie zakochuje się w niej Angel Clare, młody idealista z surowej rodziny pastorskiej. Proponuje Tess małżeństwo….
Film wyprodukowany dla brytyjskiej TV. Rok: 1998. W rolach głównych: Justine Waddell (Tess), Jason Flemyng (Alec), Oliver Milburn (Angel). Reżyseria: Ian Sharp. Na podstawie książki "Tess of the d'Urberville, A Pure Woman" (Tessa d'Urberville: historia kobiety czystej).

Thomas Hardy to angielski pisarz, przedstawiciel nurtu naturalistycznego. Jego postaci literackie zmagają się ze swoimi pasjami i sytuacjami życiowymi. Utwory Hardy'ego, których akcja w większości rozgrywa się w półmitycznym hrabstwie Wessex, odznaczają się swoistymi poetyckimi opisami i nasycone są fatalizmem.

Film oglądałam z przyjemnością i niemal z zapartym tchem. Jak przez mgłę pamiętam ekranizację Polańskiego, która mi się nie podobała i wydawała się bardzo przygnębiająca (choć mam wrażenie, że w tamtej wersji Alec był przystojniejszy i jakby bardziej czarujący). Tu przygnębiająco nie było, może to zasługa Justine Waddell, która potrafi tchnąć w graną przez siebie postać jakieś ciepło i pogodę ducha, nawet w najtrudniejszych chwilach. Zupełnie nie pamiętam Angela z wersji Polańskiego, a w filmie Iana Sharpa gra tą postać zbyt młody, moim zdaniem, chłopak. Dlatego miłość Tess do niego wydaje się trochę mniej wiarygodna.
To historia życia młodej dziewczyny, której naiwność i dziewczęcość wykorzystuje wyrafinowany daleki kuzyn - Alec. Tess zmaga się z przeciwnościami, wciąż wyrusza w podróż z torbą w ręku, próbując zacząć wszystko od nowa, ciężko pracuje, jakby chciała zmazać swój grzech i winę, wreszcie spotyka mężczyznę, który chce się z nią ożenić ale na przeszkodzie stoi jej przeszłość. Tess jest ofiarą mężczyzn – tego jednego, który ją uwiódł i określił jej dalsze życie, lecz i drugiego, który nie okazał się godny jej zaufania i miłości, a zrozumiał swój błąd zbyt późno. To też oskarżenie moralności, w której mężczyźnie więcej się wybacza niż kobiecie. I wreszcie mowa tu o roli przypadku, bo gdyby ojciec Tess na drodze nie spotkałby badacza przeszłości rodów, nie dowiedziałby się, że być może pochodzi z d`Uberville`ów i nie wysłałby córki do bogatych krewnych, a ona nie poznałaby nigdy Aleca.
Zakończenie jest piękne choć smutne, kręcone w plenerach Stonehenge.
Justine Waddell przyjemnie się ogląda, ma coś w sobie ujmującego i dziewczęcego. Jeśli chodzi o główne role męskie, to ani Alec ani Angel nie sprawili na mnie jakiegoś większego wrażenia, a nawet bym powiedziała, że Angel jest za młody, a Alec zbyt groteskowy.
Film polecam, bo mimo smutnej historii i tragicznego zakończenia, ogląda się go z przyjemnością i nie jest przygnębiający.

środa, 22 sierpnia 2007

Withnail & I

Film ukazuje szalone życie dwóch przyjaciół mieszkających w Londynie u schyłku lat 60. Codzienne zmaganie się z alkoholem, narkotykami i biedą sprawia, że postanawiają odpocząć od miejskiej dżungli na wsi - w domku wuja jednego z bohaterów. Od początku pobytu wszystko idzie nie tak, a już całkowicie komplikuje się sytuacja po niespodziewanym przyjeździe owego wuja - homoseksualisty, który zaczyna przystawiać się do chłopaków będąc przekonanym, że są oni parą gejów. W głównych rolach: Richard E.Grant (Withnail) i Paul McGann (I czyli Peter - w scenariuszu określany jako Marwood) oraz Richard Griffith (wuj Monty). Reżyseria: Bruce Robinson.
Film powstał w 1987 roku i opowiada o dwóch niespełnionych aktorach, marzących o sławie, mieszkających w Londynie, którym, z braku zajęcia i biedy, pozostaje alkohol i narkotyki, bo dzięki temu mogą przeżyć następny dzień w nieogrzewanym mieszkaniu. Nic więc dziwnego, że ich mieszkanie przypomina śmietnik, a ich gośćmi bywają (zabawni zresztą) dealerzy narkotyków. Pewnego dnia postanawiają opuścić miasto i zrobić sobie wypad na wieś. Jednak okazuje się, że i wieś nie przypomina sielskiego obrazka z literatury, leje deszcz, a dom w którym zamieszkali za zgodą wuja Withnaila - Monty`ego, jest pozbawiony opału, trzeba znaleźć coś do jedzenia, a w dodatku prześladuje ich groźny kłusownik. Żeby tego było mało do chłopaków przyjeżdża wuj-homoseksualista i zaczyna zalecać się do Marwooda.
Film w Wielkiej Brytanii jest już kultowy, to mała perełka humoru, a niektóre powiedzonka weszły do brytyjskiego języka potocznego.
Zdanie wypowiedziane przez Withnaila: "Jakimż wspaniałym dziełem jest człowiek, jak dostojnym jest w swoim rozumie, jak nieskończonym w zdolnościach, pojętnym jak anioł, jak sam Bóg nawet...!" (What a piece of work is a man, how noble in reason, how infinite in faculties, how like an angel in apprehension, how like a God!) zajął dziewiąte miejsce w plebiscycie na najsłynniejszy cytat filmowy wszechczasów, zorganizowanym przez sieć wypożyczalni kaset i płyt DVD Blockbuster UK. Film w 2006 roku zajął 5 miejsce w rankingu zorganizowanym przez magazyn "Hotdog" na najwspanialszy film wszechczasów.
Film jest naprawdę świetny. Pełno w nim humoru sytuacyjnego i słownego. Bardzo podobał się moment, kiedy Withnail mówi, że dostał propozycję zostania dublerem do roli Konstantego w "Mewie", ale nie chce być żadnym dublerem i dodaje: "Zresztą nie znoszę tych rosyjskich sztuk. Pełno tam kobiet gapiących się przez okna, marzących o wyjeździe do Moskwy". Chociaż lubię rosyjski dramat teatralny, ta charakterystyka rosyjskich sztuk, głównie Czechowa, wydaje mi się bardzo trafna i przezabawna. Albo taki cytacik: "Szczęście jest względne. Chociaż nigdy nie myślałem, że może oznaczać nie dziurawą reklamówkę". Ciekawe opowieści snuje ospałym głosem dealer narkotyków, Danny. Eksploracja nie mytego od dawna zlewozmywaka, jak się okazuje, może być ryzykowna.
Zresztą zabawnych scen jest tu więcej, np. kiedy sąsiad-rolnik zamiast mięsa przywozi chłopakom do jedzenia żywą kurę i pozbawienie jej życia i przygotowanie posiłku staje się dla nich wyzwaniem. Albo kiedy Withnail przychodzi przerażony do pokoju Marwooda, kładzie się do jego łóżka ze strzelbą, bo boi się groźnego kłusownika, który krąży wokół ich domu, Marwood próbuje go wyrzucić i uspokoić, w końcu sam ulega panice, a po chwili oczom przerażonych chłopaków, skulonych w jednym łóżku, ukazuje się wuj Monty, który odbiera tę sytuację jednoznacznie i przeprasza za najście. W ogóle komiczny jest wątek ekscentrycznego wuja, przed zalotami którego musi bronić się Marwood, przezabawne jest jego przerażenie, gdy Monty wkracza w nocy do jego sypialni.
"Withnail & I" jest popisem aktorskim Richarda E.Granta i Paula McGanna. Grane przez nich postaci wzajemnie się uzupełniają. Withnail ma duszę artysty, wydaje się pewny siebie i nonszalancki, a w rzeczywistości jest bardziej zagubiony i przegrany niż pozornie zalękniony i niepewny Marwood, który jednak chodzi na przesłuchania do ról, a w końcu dostaje główną rolę w teatrze, obcina swoje długie, kręcone włosy i wyprowadza się, żeby rozpocząć zwyczajne życie.
Koniec filmu (mimo otwarcia perspektyw przed Marwoodem) jednak jest nieco smutny...

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

The Notebook (Pamiętnik)

Starszy człowiek przychodzi do domu opieki, by samotnej kobiecie czytać historię z pamiętnika.
Lato 1940 roku, Karolina Północna. Do Seabrook, małego miasta na wybrzeżu, na letnie wakacje przyjeżdża 17-letnia Allie Hamilton dziewczyna z zamożnej rodziny. Tu poznaje niewiele od niej starszego Noaha Calhouna, chłopaka, który pracuje w miejscowej fabryce. Chociaż oboje pochodzą z różnych światów nic nie jest w stanie powstrzymać budzącego się uczucia. Jednak opór rodziców Allie i wybuch II wojny światowej rozdziela kochanków, ale mimo rozstania każde z nich nosi w sobie trwałe wspomnienie przeżytych chwil. Noah pisze do Allie wiele listów, jednak żaden nie dochodzi do odbiorcy. Mimo to z determinacją, zgodnie z daną sobie obietnicą odbudowuje stary dom - kiedyś marzył, że zamieszkają tam razem... Parę lat później Allie poznaje przystojnego młodego żołnierza. Wkrótce Lon oświadcza się jej i zostaje przyjęty. Jednak niedługo potem Allie znajduje w gazecie zdjęcie Noah. Postanawia go odwiedzić i sprawdzić jak się miewa. Okazuje się, że Noah wciąż ją kocha. Czy pierwsza prawdziwa miłość pokona przeciwności zanim okaże się za późno?
"Pamiętnik" jest ekranizacją bestsellerowej powieści Nicholasa Sparksa.
To piękny film o miłości, który wciągnął mnie bez reszty. Ciekawa, ładnie opowiedziana historia, rozgrywająca się na dwóch planach. I choć nie całkiem podobali mi się aktorzy grający główne role dwójki młodych: Noaha i Allie, jednak sam film, mimo prostej fabuły, oglądało się bardzo dobrze. Piękne były ujęcia pokazujące naturę. Ten seans to dwie godziny oderwane od realnego życia... Przesłanie filmu jest proste i wydawałoby się banalne, ale może w tym jest jego wartość - prawdziwa miłość jest tak rzadka, że nie można z niej rezygnować, warto o nią walczyć, a będzie wierna aż do końca.
Zakończenie jednocześnie pogodne i smutne, pełne jakiejś czułości... Nie wzruszyłam się do łez, ale film naprawdę bardzo mi się podobał.

Becoming Jane (Zakochana Jane)

Film powstał na fali zainteresowania twórczością Jane Austen. Po wyprodukowaniu w tym roku przez ITV trzech dość udanych ekranizacji: "Northanger Abbey" (Opactwo Northanger), "Persuasion" (Perswazje) i "Mansfield Park", a także dwa lata temu nowej wersji "Pride and Prejudice" (Duma i Uprzedzenie), przyszła kolej na samą autorkę tych powieści. Jane Austen, jak wiemy, nigdy nie wyszła za mąż, autorzy filmu postanowili odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak się stało? Obraz jest oparty na wczesnych latach pisarki, jej znajomości z Irlandczykiem Tomem Lefroyem, która jest owiana tajemnicą. Z listów pisarki niewiele się dowiemy na ten temat. Lefroy pojawia się w nich mimochodem, co pozostawia pole dla wyobraźni. Wiadomo na pewno, że flirtowali ze sobą. W jednym z listów pisanych do siostry Jane pisze o tym: "Wprost boję się wyznać ci, jak zachowywaliśmy się z moim irlandzkim przyjacielem. Wyobraź sobie wszystko, co najbardziej występne i szokujące w dziedzinie tańca i siedzenia obok siebie. Niestety, już tylko raz będę mogła zachować się nieskromnie, gdyż on wyjeżdża z kraju [..] Zapewniam cię, że to doskonale ułożony, przystojny i miły młodzieniec. Lecz co do naszych spotkań, wyłączając trzy bale, niewiele mam do powiedzenia". W następnym liście jednak pisze: "Nareszcie przyszedł dzień, w którym mam doflirtować do końca z Tomem Lefroyem; gdy otrzymasz ten list, będzie już po wszystkim. Łzy płyną mi z oczu, gdy piszę te smutne słowa".
Twórcy filmu napisali scenariusz, opierając się na książce "Becoming Jane Austen" Jona Spence`a, który był także jego konsultantem historycznym. Jednak z samą Jane Austen obraz ten nie ma zbyt wiele wspólnego, rozczarowani będą fani twórczości tej autorki, podobnie jak było to po wersji "Dumy i Uprzedzenia" z 2005 roku. Bo "Becoming Jane" ten film nieco przypomina. Prawdopodobnie realizatorzy zapatrzyli się trochę w pozorny sukces tamtej produkcji, bo wykorzystali niektóre motywy i ujęcia. Na początku filmu mamy więc obraz świnek, który tak raził widzów "Dumy i Uprzedzenia" 2005, mamy też scenę, w której Jane całuje ręce Toma. To może irytować. Niestety ujęć i rozwiązań dyskusyjnych jest tu więcej np. scena pomiędzy państwem Austen na początku filmu (nie jestem pruderyjna, ale w takim filmie? - jakoś mnie to zaskoczyło, bo Brytyjczycy przyzwyczaili nas do powściągliwości), boks (pojawia się dwukrotnie), gra Jane w krykieta (czemu mi się to kojarzy z bejsbolem ?), wreszcie zmiana faktów z jej życia (gdzieżby prawdziwa Jane Austen zdecydowała się na ucieczkę i skompromitowanie rodziny, w tym swoich sióstr?).
Twórcy chcieli też dać do zrozumienia, że powieść "Pride and Prejudice" jest odbiciem znajomości z Lefroyem, widzimy więc jak Jane zaczyna pisać "First Impressions" (taki był pierwotny tytuł tej powieści), i po poznaniu Toma mówi o nim o w liście do Cassandry, że to “The most disagreeable, insolent, arrogant, imprudent, insufferable, impertinent of men!” (to słowa, które później określają powieściowego Darcy`ego). Widać jak bardzo różni się wizerunek Lefroya z listów Jane od tego z obrazu filmowego.
Mnie z bohaterów filmu zaciekawił pan Wisley - nie powalający urodą i lekceważony przez bohaterkę drugi jej wielbiciel. To człowiek skromny i wierny, który mógłby być przyjacielem i mężem. Ale filmowa Jane postanowiła całe życie rozpaczać po Tomie, tak jak to było w przypadku Casandry...
Jeśli będziemy oglądali "Becoming Jane" jakby to nie była biografia Jane, może się to spodobać. Jest kilka uroczych scen między Jane i Tomem Lefroyem, jest piękne i smutne zakończenie, jest bardzo dobra muzyka, nieźle dobrani aktorzy (choć może jest tu zbyt słodko. bo prawdziwa Jane piękna i słodka nie była). To niewątpliwe zalety tego filmu, jednak obawiam się, że zalet jest zbyt mało w stosunku do wad.
Główne role zagrali: Amerykanka Anne Hathaway (Jane Austen), Szkot - James McAvoy (Tom Lefroy), Anna Maxwell Martin (Cassandra Austen), Julie Waters i James Cromwell (państwo Austen). Ian Richardson (sędzia Langlois). Scenariusz: Kevin Hood, reżyseria: Julian Jarrold.

piątek, 17 sierpnia 2007

Stealing Heaven (Abelard i Heloiza)

Słynny na całą Francję filozof i nauczyciel Abelard, stosujący niekonwencjonalne metody nauczania, poznaje wykształconą i piękną bratanicę kanonika Heloizę. Wuj zamierza znaleźć dla niej odpowiedniego - bogatego i wpływowego męża. Abelard stroni od kobiet, bo postanowił żyć w czystości i poświęcić się całkowicie nauce. Uważa że w ten sposób najlepiej będzie służył Bogu. Jednak kiedy poznaje Heloizę, wszystko się zmienia. Dziewczyna wystawia na próbę jego postanowienia. Abelard nie potrafi oprzeć się namiętności i pożądaniu. Nie dba już także o to, że wiążąc się z Heloizą, postępuje niewłaściwie, że jest nielojalny wobec jej wuja, u którego znajduje się w gościnie. Wuj nakrywa kochanków i rozdziela ich. Heloiza zachodzi w ciążę. Kanonik nie może pogodzić się z hańbą, która spadła na jego dom, więc postanawia zemścić się na kochankach i wymierzyć Abelardowi sprawiedliwość...
Na podstawie opowiadania Marion Meade. W rolach głównych: Derek de Lint, Kim Thomson.
"Stealing Heaven" (co można przetłumaczyć jako "Wykradając niebo") opowiada tragiczną historię jednej z największych par miłosnych w historii literatury - Heloizy i Abelarda. To film o zakazanej miłości, która jest silniejsza od zobowiązań, wiary, potrafi przetrwać najcięższe próby, choć pozostawia kochanków okaleczonych - psychicznie i fizycznie.
W tym ujęciu to Heloiza jest niezależnym duchem, buntownikiem, dla miłości zdolna jest zrobić wszystko. W Abelardzie, od momentu gdy poznaje Heloizę, toczy się wewnętrzna walka między duchowym i cielesnym, tym co anielskie i pokusami szatana. Uważa, że to co go spotkało jest karą za grzech, za sprzeniewierzenie się Bogu i własnemu powołaniu jako nauczyciela. Potrafi zrezygnować z rodziny i miłości, choć nadal kocha Heloizę. Ona dla Abelarda wstępuje do klasztoru, choć takie życie jej nie odpowiada, nie ma powołania, nie lubi klasztoru. Uprzedza go, że dla niej to on jest Bogiem, w krucyfiksie w klasztornej kaplicy umieszcza niczym relikwię piórko kojarzące się jej z chwilami szczęścia z Abelardem. Przez całe lata pracuje dla klasztoru, ale w godzinie śmierci przytula do piersi ten symbol ich miłości i rzuca o ścianę krucyfiksem jakby przeklinała Boga.
Bardzo podobały mi się w tym filmie śpiewy gregoriańskie, znacznie mniej muzyka, która jest chyba zbyt nowoczesna (syntezatory) i trochę mi się kłóciła z epoką i akcją. W scenach miłosnych postawiono na eksponowanie fizyczności - może po to, by ich miłość wydawała się należeć bardziej do sfery profanum, choć Abelard gdy widzi nagą Heloizę mówi: "Jesteś niewinna jak kościół". Film dobrze mi się oglądało, choć wzbudził u mnie mocno mieszane uczucia. Kilka scen jest bulwersujących m.in. seks w kaplicy klasztornej. Moralnie dwuznaczna jest postać Heloizy, która jednocześnie modli się i przeklina Boga. Gdy wstępuje do klasztoru całuje podstawę krucyfiksu (w którym ukryła piórko) mówiąc do biskupa, że nie jest godna całować Pana, pracuje przez całe życie dla klasztoru i kościoła, a potem rozbija krucyfiks o ścianę.
Świetnie dobrane są główne role: Abelard jest mocno zbudowany, a wydaje się wewnętrznie delikatny, Heloiza wygląda delikatnie - ma burzę rudych włosów, subtelne rysy twarzy i wiotkie kobiece kształty - a wydaje się silną i niezależną osobowością.

Heloiza (1101-1162) i Pierre Abelard (1079-1142) są pochowani obok siebie na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu.

czwartek, 16 sierpnia 2007

Fairytale - A True Story (Elfy z ogrodu czarów)

To czarująca opowieść o tajemnicy, która ma swoje źródło w niezwykłej historii dwóch dziewczynek zafascynowanych legendą o elfach. Otóż pewnego dnia kuzynki chcąc udowodnić istnienie elfów zakradają się do ogrodu i fotografują to co od stuleci głosi mit. Pokazały światu zdjęcia przedstawiające ulotne duszki lubiące zabawę, stworzenia o nadludzkiej naturze, wiodące sekretne życie pośród traw i kwiatów, w korytach strumieni.
Film z bardzo interesującą obsadą, bo można tu zobaczyć Harveya Keitela w roli najsłynniejszego magika i mistrza ucieczek Houdiniego i Petera O`Toola w roli Artura Conan Doyle`a. Ponadto występują także Florence Hoath (Elsie) i Elizabeth Earl (Frances Griffiths), a także Phoebe Nicolls i Paul McGann jako Polly i Arthur Wrightowie - rodzice Elsie, w króciutkim epizodzie pojawia się Mel Gibson (jako ojciec Frances). Piękną muzykę do tego filmu skomponował Zbigniew Preisner, towarzyszy ona w szczególny sposób każdemu pojawieniu się elfów, buduje nastrój, wprowadza element tajemnicy, magii.
Trwa I wojna światowa. Mała Frances Griffiths przyjeżdża do wujostwa, by zamieszkać wraz z nimi i ich córeczką. Jej matka nie żyje, a ojciec został uznany za zaginionego. Z kolei rok wcześniej zmarł na zapalenie płuc syn Wrightów i brat Elsie - 11-letni Joseph, z którego stratą nie mogą sobie oni nadal poradzić. Wierzył w elfy, malował je. Dziewczynki chodzą do ogrodu i widzą latające elfy i by przekonać dorosłych, postanawiają je sfotografować. Ojciec Elsie po wywołaniu zdjęć nadal nie wierzy w istnienie duszków, może tak jak bał się o przyszłość zafascynowanego nimi syna, teraz boi się o przyszłość córki, która dorasta, a żyje w jakimś urojonym świecie. Matka Elsie pokazuje jednak zdjęcia Gardnerowi - członkowi towarzystwa okultystycznego, który zajmuje się elfami. On potwierdza u specjalisty wiarygodność fotografii, i jednocześnie dzieli się odkryciem z Arturem Conan Doylem, a ten z mistrzem magii Houdinim. Wszyscy trzej składają wizytę rodzinie, by na miejscu porozmawiać z dziewczynkami. Gdy informacja o elfach dociera do prasy, do ogrodu, w którym je widziano, przyjeżdżają ludzie z całego kraju. Wypłoszone tym najazdem elfy odchodzą.

To film o granicy między marzeniami a fantazją, magią i rzeczywistością, dzieciństwem a dorosłością, film o tajemnicy, niepoznawalności, wierze. Nie jest to typowy obraz dla dzieci, a nawet może bardziej jest dla dorosłych niż dla dzieci.
Warto zwrócić uwagę, że każdy z bohaterów ma jakieś poczucie straty - ojciec Frances zaginął na wojnie, zginął na wojnie syn Artura Conan Doyle`a, Joseph - syn Wrightów i brat Elsie także nie żyje. Może więc elfy są duszkami opiekuńczymi? A może każda z tych osób potrzebuje jakiejś wiary w to co niemożliwe, nierealne, duchowe, bo dzięki temu łatwiej jest znieść jej tą dotkliwą stratę?
Ostatnia scena z pięknym powrotem elfów do domu Wrightów poprzedza powrót ojca Frances (w tej migawkowej roli Mel Gibson), dziewczynka w tym momencie nie widzi nic poza osobą, na którą tak długo czekała, nie dostrzega wypełniających pokój elfów, które przyniosły do domu światło.
Ważna (prócz rozmowy ojca Elsie z córką o Josephie i dorosłości) jest rozmowa Houdiniego z Elsie:
"Czy kiedykolwiek powiedział Pan komuś jak to Pan zrobił - tylko po to, żeby obserwować jego twarz i zobaczyć reakcję?"
" Nigdy. I wiesz co? Oni nie chcą tego wiedzieć".
Bo czy nie lepiej pozostawać w świecie magii, tajemnicy? Czy wiara nie jest nam wszystkim jakoś potrzebna?
Cała historia opowiedziana w filmie miała miejsce naprawdę. W 1917 r. dwie kuzynki Elsie Wright i Frances Griffiths twierdziły, że podczas zabawy nad strumieniem spotkały elfy i wróżki, a dowodem na to były zdjęcia, które wtedy zrobiły. Sprawa nabrała rozgłosu, gdy zainteresował się nią sam Arthur Conan Doyle, który był przekonany o autentyczności zdjęć. Dopiero po kilkudziesięciu latach, autorki fotografii, już w sędziwym wieku, przyznały się publicznie do mistyfikacji.