Przejdź do głównej zawartości

"Korona śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej

"Nad rozległymi błoniami Pogorzelicy zachodziło słońce, ale wielki obóz rycerstwa Starszej Polski nie kładł się do snu. Przeciwnie. Po burzliwym dniu nadchodziła nie mniej burzliwa noc."

"Cudze chwalicie, swego nie znacie" chciałoby się powiedzieć po lekturze książki Elżbiety Cherezińskiej. Jak się kolejny raz okazuje, polska historia może być równie fascynująca jak legendy arturiańskie (zresztą często przywoływane w tej książce) czy skandynawskie sagi. A chodzi o czasy rodzimych Piastów - pierwszych władców Polski. Jest tu i walka o władzę i wpływy, i porwania, uwięzienia w wieży, męskie przyjaźnie, intrygi i sekretne mordy. Jest stary miecz, tajemnica, odnajdywane stare pergaminy i klątwa rodowa. Jest Starsza Krew i wciąż tlące się kulty pogańskie. I to wszystko dzieje się w czasach, wydawałoby się nudnych w polskiej historii, bo dotyczących rozbicia dzielnicowego.

Akcja opowieści Cherezińskiej toczy się w latach 1272-1292. Na naszych oczach ożywają postaci nieco zapomniane, takie jak Przemysł II, pogrobowiec Przemysła I, książę Starszej Polski. Swego czasu zaczytywałam się "Polską Piastów" Pawła Jasienicy. A jednak czytając "Koronę śniegu i krwi", co i rusz zerkałam do internetowej encyklopedii i musiałam przypominać sobie fakty z życia najważniejszych historycznych postaci, bo i piastowskie powiązania rodzinne są bardzo skomplikowane. Dzięki temu jednak, że pewnych zdarzeń nie pamiętałam, lektura książki była jeszcze bardziej pasjonująca i wciągająca. Cherezińska stara trzymać się faktów, choć trzeba przyznać, że historyczne przekazy kronikarskie bywają wzajemnie sprzeczne. Autorka przyjmuje którąś z prawdopodobnych tez, by snuć dalej swoją opowieść. I robi to świetnie. Ciężko się od jej powieści oderwać.

Od lektury długo odstraszała mnie okładka książki, wskazywała na powieść fantasy. To nie znaczy, że nie lubię tego gatunku literackiego. Wręcz przeciwnie. Czytałam "Pamięć, Smutek i Cierń" Tada Williamsa, czytałam Andre Nortona, "Władcę Pierścieni" Tolkiena, a także rodzimego "Wiedźmina", ale chyba na jakiś czas mam fantasy dosyć. Dlatego z pewną nieufnością podchodziłam do "Korony...". Gdy jednak zorientowałam się, że fantastyka u Cherezińskiej jest jedynie dodatkiem do fascynującej opowieści o historii Polski, wsiąkłam w nią bez reszty. Elementy fantastyki dodają całej narracji kolorytu. Może zwierzęta herbowe ożywają zbyt często, a powinny jedynie w kluczowych momentach, ale to jedyny motyw, który może nieco drażnić. Uwznioślenie świętej Kingi poprzez obdarzenie ją nadprzyrodzonymi właściwościami wydaje się zabiegiem dość naturalnym. Zresztą to małżeństwo jest jednym z jasnych punktów w plejadzie krwistych postaci książąt piastowskich. Nie tylko zresztą piastowskich. Przed naszymi oczami przewijają się władcy i książęta państw ościennych: złoty król czeski Premysł Ottokar II i jego syn Wacław II, który jest przez autorkę, i pewnie słusznie, pokazany w świetle niezbyt korzystnym, jest i Mechtylda - wiedźma askańska, jeden z czarnych charakterów, a jednak na swój sposób ciekawy, i jej bracia Ottonowie.

Jednak bohaterami Cherezińskiej są głównie Piastowie. Na pierwszy plan wybijają się: interesujący ambitny Henryk IV Prawy (jakoś zupełnie inaczej go sobie dawniej wyobrażałam), rubaszny pomorski książę Mściwój, waleczny karzeł Władysław zwany Łokietkiem oraz Przemysł II - ten który po dwustu ponad latach odnowił polskie królestwo. Jesteśmy świadkami dojrzewania tego ostatniego do korony. Jak podkreśla autorka, doszedł do niej nie w wyniku krwawej walki, ale pokojowo, rozważnie, poprzez zawieranie właściwych sojuszy, ustępowanie, kiedy walka była bezskuteczna. Ale z pewnością zawdzięczał wiele swemu wujowi, który go wychował - Bolesławowi Pobożnemu oraz arcybiskupowi Jakubowi Śwince (to kolejna świetlana postać w tej opowieści).

Narracja każdego podrozdziału jest prowadzona z perspektywy innego bohatera, dzięki temu opowieść się nie nuży. Odsłaniają się kolejne elementy układanki, i podobnie jak Jakub Świnka odkrywa swoje pochodzenie, tak i my dowiadujemy się o faktach z przeszłości i po raz kolejny przekonujemy się, że przeszłość ma wpływ na teraźniejszość. Bo jak rozumieć także i to powiedzenie: "Nie daj Boże, zjazd piastowski", co brzmi jak znane powiedzenie: "Gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie"?

Jak pokonać klątwę rozbicia? Jak zapewnić sobie przychylność sąsiadów? Jak scalić w jedno królestwo oderwane dzielnice? Czy można pogodzić zwaśnione książęta? Okazuje się, że czasem mądrość polega na zawieraniu korzystnych mariaży, a czasem na dobrowolnym wyrzeczeniu się potomstwa, by nie pogłębić rozdrobnienia. A jeśli już o tym mowa, to trzeba przyznać, że życie erotyczne bohaterów powieści jest przedstawione w dość - powiedziałabym - męski sposób. Oj, nie byli świętymi ci nasi Piastowie, skoro godzili miłość do żony (bo i taka na szczęście się zdarzała mimo tego, że zwykle małżonkowie wcześniej się nie znali albo zaręczano dzieci czy nawet niemowlęta) z utrzymywaniem kochanek czy odwiedzaniem zamtuzów ( takich jak powieściowa "Zielona Grota"). Niestety, nie byli od tego ostatniego wolni także biskupi... Zdarzały się także wśród książąt piastowskich przypadki wyciągania mniszek z klasztoru i ich poślubianie. Mimo podejmowania i takich tematów proza Cherezińskiej jest szlachetniejsza niż choćby "Narrenturm" Sapkowskiego, który mnie wyjątkowo zniesmaczył skalą antyklerykalizmu do tego stopnia, że porzuciłam lekturę husyckiej trylogii i do niej już nie wrócę.

Wracając do Cherezińskiej, z przyjemnością będę śledzić dalsze dzieje Władysława Łokietka i innych Piastów w następnej powieści tej autorki "Niewidzialna korona", która również, jak słyszę, zbiera same pochlebne recenzje. Polecam tę książkę każdemu, kogo fascynuje polska historia, ale także tym, którzy lubią dobrze napisane powieści o dawnych czasach.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O ekranizacjach "Jane Eyre" ze szczególnym wskazaniem na jedną

Powstało wiele ekranizacji powieści Charlotte Bronte "Jane Eyre". Ja sama znam ich osiem. Wersje pełnometrażowe to: z 1943 r. z Orsonem Wellesem, z 1970 r. z Georgem C. Scottem i Susannah York, z 1996 r. w reż. Franco Zefirelli`ego z Williamem Hurtem i Charlotte Gainsburg, z 1997 r. z Ciaranem Hindsem i Samanthą Morton oraz najnowszą z 2011 r. z Michaelem Fassbenderem i Mią Wasikowską (pisałam już o niej na tym blogu). Znam też ekranizacje tej powieści, które powstały w postaci miniseriali: z 1983 r. z Timothy Daltonem i Zelah Clark, z 2006 r. z Toby Stephensem i Ruth Wilson, a wreszcie wersję czeską pt. "Jana Eyrova" z 1972 roku. Mam więc, jak widać, niejakie porównanie. Nie wszystkie oglądałam ostatnio, ale w ciągu ostatnich kilku dni przypomniałam sobie cztery. W wersji z 1970 roku z Georgem C. Scottem i Susannah York bardzo podobał mi się główny motyw muzyczny - utwór, który trudno zapomnieć - temat miłosny. Film trwa półtorej godziny. Zaczyna się z chwil...

Tajemnica Abigel

Ten film pamiętam do dziś. Było to w latach 80., kiedy prawdopodobnie dwukrotnie pokazywano w naszej telewizji ten 4-odcinkowy węgierski serial. Serial opowiada o węgierskiej nastolatce, którą w czasie II WŚ ojciec musiał dla bezpieczeństwa umieścić w surowej szkole religijnej na prowincji. Gina początkowo buntuje się przeciwko szkolnym rygorom i czuje się wyobcowana wśród innych uczennic, próbuje uciekać; ostatecznie pojmuje powagę sytuacji. Jej powiernikiem staje się stojąca w ogrodzie statua postaci zwanej Abigél, która według miejscowej tradycji pomaga osobom pozostawiającym w trzymanym przez posąg naczyniu ukryte karteczki z życzeniami. Czy to tylko szkolna, dziecięca legenda, czy też ktoś naprawdę odbiera pozostawiane u Abigél wiadomości? Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej na pensji dla dziewcząt, prowadzonej przez surowego dyrektora i siostry diakonisy. Przywieziona tu przez swego ojca, generała, i pozostawiona na czas bliżej nieokreślony, Georgina Vitay źle się czuj...

When call the heart...

Zanim opowiem o serialu "When call the heart", powstałym na motywach książki o tym samym tytule, kilka słów wstępu. Pisarka Janette Oke to córka pionierów, urodzona w kanadyjskim stanie Alberta w 1935 roku. Jest autorką ponad 70 powieści, z których 32 zostało przetłumaczonych na 14 języków. Jest laureatką nagród Stowarzyszenia Wydawców Chrześcijańskich za znaczący wkład w literaturę. Ma fanów na całym świecie. O tej kanadyjskiej pisarce dowiedziałam się kilka lat temu po obejrzeniu filmu "Miłość przychodzi powoli" (Love come softly). Jego fabuła jest prosta: młode małżeństwo: Marty i Aaron Claridge'owie wyruszają na Zachód w poszukiwaniu miejsca na dom i na założenie rodziny. Niestety Aaron ginie. Jako że zima jest coraz bliżej, Marty nie ma możliwości powrotu na Wschód. Samotny wdowiec - Clark Davis, wychowujący około dziewięcioletnią córkę Missie, proponuje, by Marty wyszła za niego za mąż i przeczekała w ten sposób do wiosny. W zamian za opiekę nad domem i...