Przejdź do głównej zawartości

Soyka nie tylko akustyczny

Bardzo rzadko chodzę na muzyczne koncerty. Stanisław Soyka jest wyjątkiem. Na jego koncertach byłam trzykrotnie i każdy z nich wspominam z ogromną przyjemnością, bo na koncertach jest świetny i tworzy na scenie niesamowity nastrój. Na szczęście koncertuje często.

Jego muzykę znam od bardzo dawna. Jest ze mną od dawna.
Na początku lat 90. odkryłam płytę "Acoustic", która stała się dla mnie, osobiście, bardzo ważna. Pierwsza miłość, góry i ta muzyka - może nietypowa jak na tak romantyczną chwilę, bo dla mnie ta płyta jest właściwie nieco melancholijna, albo tak ją odbieram - jako pogodny smutek. Coś się skończyło, coś się zaczęło...

Wszystkie utwory na tej płycie są mi bliskie, ale chyba najbliższe jest otwierające płytę "One Hundred Years" - mogłabym tej piosenki słuchać godzinami, co prawda to cover (kompozycja Krzysztofa Komedy), ale jak świetnie, jak rewelacyjnie zaaranżowany, zagrany i zaśpiewany! Lepszy od oryginału! Szczególnie ważne były dla mnie na tej płycie także wykonywane już po polsku: "Tak jak w kinie" i "Cud niepamięci". Ale tak naprawdę kocham całą tę płytę. "Play it Again", "All About You", "Hard to Part", "I Never Felt This Way Before", "Railway Hotel", "No Place for Poetry"...
Nastrój, fortepian, śpiew. Feeling. W dodatku mam słabość do jazzu, więc na "Acoustic" jest wszystko to, co lubię. Dla mnie rewelacja.

W 1995 roku wyszła kolejna płyta, w której się zasłuchiwałam - "Soyka - Sonety - Shakespeare". Tłumaczenia szekspirowskich tekstów autorstwa Macieja Słomczyńskiego i Stanisława Barańczaka, świetne kompozycje Soyki, duża kultura wykonania - na koncertach było jeszcze lepiej.

Podobnie było z "Tryptykiem rzymskim" (płycie, wydanej w 2003 roku, zawierającej kompozycje muzyczne do poematu papieża Jana Pawła II) - tym razem koncert, na którym mogłam posłuchać Soyki na żywo, odbył się w pięknym kościele o architekturze nawiązującej do stylu gotyckiego, w którym muzyka i wiersze papieża brzmiały rewelacyjnie. Warto przypomnieć, że Stanisław Soyka miał okazję wykonać fragmenty tego utworu w Rzymie w obecności samego autora.

Rok później ukazała się kolejna płyta "Soyka Sings Love Songs", tym razem zawierała covery znanych piosenek. Były wśród nich bardzo interesujące wersje standardów jazzowych, takich jak "Fly Me to the Moon", "You Are So Beautiful" czy "My Funny Valentine", jak i przebojów Roxy Music, Depeche Mode ("Somebody"), Phila Collinsa, Chrisa Isaaca, Radiohead ("No suprises" - bardzo dobre klimatyczne wykonanie!), a w końcu Czesława Niemena "Wiem, że nie wrócisz" i Marka Grechuty "Odkąd jesteś" (dwie ostatnie naprawdę świetne!). Zaskoczyła mnie nieco aranżacja utworu, który bardzo lubię, czyli "Avalon", ale po dwóch przesłuchaniach już wiedziałam, że wersja Soyki jest bardzo interesująca.

Mogłabym mówić o wielu innych płytach i wielu innych piosenkach, które bardzo lubię ("Tolerancja", "Życie to krótki sen", "Są na tym świecie rzeczy", "Kiedy jesteś taka bliska"...), ale wspomnę jeszcze tylko o dwóch coverach, które moim zdaniem są ciekawsze od oryginału. Mówię tu o "Uciekaj moje serce" (piosenka Seweryna Krajewskiego, która w wykonaniu Soyki nabiera zupełnie innego wymiaru) oraz zupełnie rewelacyjnie wykonanym na koncercie utworze "Czas nas uczy pogody". Zdaję sobie sprawę, że minęło trochę lat, odkąd usłyszałam tę piosenkę po raz pierwszy w wykonaniu Grażyny Łobaszewskiej, ale dopiero interpretacja Soyki sprawiła, że naprawdę zrozumiałam słowa i jej przesłanie.

Stanisław Soyka to ewenement na naszej scenie muzycznej, podąża własną drogą, ma niesamowitą wrażliwość muzyczną, jest świetny na żywo (zwłaszcza jak jest w dobrej formie), buduje na scenie niezapomniany nastrój. Podejmuje się różnych ciekawych wyzwań, interpretuje wokalnie poezję (angielską i polską), kolędy i pieśni wielkopostne, nie stroni od interesujących duetów: z Nickiem Cavem (świetnie wykonane dwa utwory "Into My Arms" i "Weeping Song"), z Markiem Torzewskim, z Grzegorzem Turnauem, z Reni Jusis, a nawet sprzed lat z Anną Jantar. Warto też wspomnieć o jego flirtach z reggae i hip hopem, a przecież nie powiedział w muzyce ostatniego słowa.

W 2008 roku wydał szesnastopłytowy box "Rocznik 59" z niemal kompletną dyskografią, podsumowujący jego dotychczasową, trzydziestoletnią karierę muzyczną. Zawiera on wszystkie jego albumy studyjne. Z wyjątkiem jazzowych. A szkoda. Mam nadzieję, że i na te płyty przyjdzie jeszcze pora, bo bardzo lubię jazzowego Soykę i trochę tęsknię za repertuarem spod znaku "Acoustic".

Z wielką nadzieją oczekuję 2 października, gdyż właśnie tego dnia ma się ukazać jego nowy album muzyczny pt. "Studio Wąchock" (bo właśnie w studio w Wąchocku jest nagrywana ta płyta).
Tymczasem od kilku tygodni znowu słucham płyt Stanisława Soyki i nie mogę się od nich oderwać.I marzę o tym, by ponownie wybrać się na koncert...

Stormy sky outside my window
And the only thing I really need is you
And this little melody

Play it again
Play it one more time
Play it again
The pain is insane
but I do not mined

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O ekranizacjach "Jane Eyre" ze szczególnym wskazaniem na jedną

Powstało wiele ekranizacji powieści Charlotte Bronte "Jane Eyre". Ja sama znam ich osiem. Wersje pełnometrażowe to: z 1943 r. z Orsonem Wellesem, z 1970 r. z Georgem C. Scottem i Susannah York, z 1996 r. w reż. Franco Zefirelli`ego z Williamem Hurtem i Charlotte Gainsburg, z 1997 r. z Ciaranem Hindsem i Samanthą Morton oraz najnowszą z 2011 r. z Michaelem Fassbenderem i Mią Wasikowską (pisałam już o niej na tym blogu). Znam też ekranizacje tej powieści, które powstały w postaci miniseriali: z 1983 r. z Timothy Daltonem i Zelah Clark, z 2006 r. z Toby Stephensem i Ruth Wilson, a wreszcie wersję czeską pt. "Jana Eyrova" z 1972 roku. Mam więc, jak widać, niejakie porównanie. Nie wszystkie oglądałam ostatnio, ale w ciągu ostatnich kilku dni przypomniałam sobie cztery. W wersji z 1970 roku z Georgem C. Scottem i Susannah York bardzo podobał mi się główny motyw muzyczny - utwór, który trudno zapomnieć - temat miłosny. Film trwa półtorej godziny. Zaczyna się z chwil...

Tajemnica Abigel

Ten film pamiętam do dziś. Było to w latach 80., kiedy prawdopodobnie dwukrotnie pokazywano w naszej telewizji ten 4-odcinkowy węgierski serial. Serial opowiada o węgierskiej nastolatce, którą w czasie II WŚ ojciec musiał dla bezpieczeństwa umieścić w surowej szkole religijnej na prowincji. Gina początkowo buntuje się przeciwko szkolnym rygorom i czuje się wyobcowana wśród innych uczennic, próbuje uciekać; ostatecznie pojmuje powagę sytuacji. Jej powiernikiem staje się stojąca w ogrodzie statua postaci zwanej Abigél, która według miejscowej tradycji pomaga osobom pozostawiającym w trzymanym przez posąg naczyniu ukryte karteczki z życzeniami. Czy to tylko szkolna, dziecięca legenda, czy też ktoś naprawdę odbiera pozostawiane u Abigél wiadomości? Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej na pensji dla dziewcząt, prowadzonej przez surowego dyrektora i siostry diakonisy. Przywieziona tu przez swego ojca, generała, i pozostawiona na czas bliżej nieokreślony, Georgina Vitay źle się czuj...

When call the heart...

Zanim opowiem o serialu "When call the heart", powstałym na motywach książki o tym samym tytule, kilka słów wstępu. Pisarka Janette Oke to córka pionierów, urodzona w kanadyjskim stanie Alberta w 1935 roku. Jest autorką ponad 70 powieści, z których 32 zostało przetłumaczonych na 14 języków. Jest laureatką nagród Stowarzyszenia Wydawców Chrześcijańskich za znaczący wkład w literaturę. Ma fanów na całym świecie. O tej kanadyjskiej pisarce dowiedziałam się kilka lat temu po obejrzeniu filmu "Miłość przychodzi powoli" (Love come softly). Jego fabuła jest prosta: młode małżeństwo: Marty i Aaron Claridge'owie wyruszają na Zachód w poszukiwaniu miejsca na dom i na założenie rodziny. Niestety Aaron ginie. Jako że zima jest coraz bliżej, Marty nie ma możliwości powrotu na Wschód. Samotny wdowiec - Clark Davis, wychowujący około dziewięcioletnią córkę Missie, proponuje, by Marty wyszła za niego za mąż i przeczekała w ten sposób do wiosny. W zamian za opiekę nad domem i...