Przejdź do głównej zawartości

Posty

Magia zwyczajnych dni

Livy Dunne (Keri Russell) po śmierci swojej matki zachodzi w niechcianą ciążę z instruktorem lotnictwa. Ten, jak to zwykle bywa, opuszcza ją. Ojciec Livy, który jest pastorem, postanawia wysłać córkę daleko od rodzinnego miasta. Aranżuje małżeństwo z samotnym rolnikiem - Ray'em Singletonem (Skeet Ulrich). Rozczarowana filmem "Przypadkowy mąż" sięgnęłam po "Magię zwyczajnych dni" i od pierwszego kadru wiedziałam, że ten film na pewno mi się spodoba. Sposób realizacji, zdjęcia, muzyka, główni bohaterowie, sceneria, tematyka - wszystko to sprawiło, że całość oglądało mi się bardzo dobrze i przez większą część tego obrazu nie wiedziałam, jak się to wszystko skończy. Bo możliwości było wiele. Myślę, że urok w dużej mierze polegał na tej niewiadomej, choć pewnych rozwiązań można się było spodziewać. Lubię niespieszne kino. Ten film w pewnym sensie przypominał mi inny, który również mi się bardzo podobał - "Miłość przychodzi powoli"z Dalem Midkiffem i Kath...

Accidental Husband (Przypadkowy mąż)

Nowojorski strażak Patrick Sullivan (Jeffrey Dean Morgan) nie ma pojęcia, że jego idealne życie wkrótce pójdzie z dymem, a to za sprawą Emmy Lloyd (Uma Thurman) - psycholog specjalizującej się w udzielaniu porad sercowych na antenie radiowej. Jedna z jej słuchaczek, Sophia (Justina Machado), która tak się składa jest narzeczoną Patricka, za namową pani psycholog, postanawia zerwać zaręczyny. Porzucony strażak nie zamierza jednak zostawić tak tej sprawy i zamierza dać pomysłowej pani doktor nauczkę. W czasie deszczu dzieci się nudzą... ;) więc sięgnęłam po komedię romantyczną w dobrej obsadzie, żeby poprawić sobie nastrój. I niestety... rozczarowałam się. Nie obiecuję sobie wiele po podobnych filmach. Wiem, że fabuła będzie prosta, a sam film lekki, łatwy i przyjemny. Chcę tylko, by postaci dały się lubić, by było romantycznie i zabawnie. Niestety zupełnie nie mogłam się przekonać do Umy Thurman w głównej roli. Zachodziłam w głowę, co mogło się w jej Emmie podobać takim dwóm różnym mę...

Rumunia: podróże w poszukiwaniu diabła

Bardzo lubię serię "Biblioteka Poznaj Świat" wydawnictwa Zysk i Ska. Książki ukazujące się w tym cyklu są ładnie ilustrowane, zawierają mnóstwo ciekawych zdjęć, utrzymują się na pewnym, niezłym poziomie edytorskim i dzięki temu dobrze się je czyta. Dlatego, kiedy zobaczyłam tomik o Rumunii, pomyślałam, że muszę go przeczytać. Rumunia leży w Europie, ale chwilami łatwo o tym zapomnieć. Przekonuje o tym lektura książki Michała Kruszony, który dobrze ten kraj zna, bo bywał w nim wielokrotnie. Nie oczekiwałam, że będzie to przewodnik - co zwiedzić, co zobaczyć, co jest tu najpiękniejszego i najciekawszego do zobaczenia. Oczekiwałam tego, że dowiem się jaka naprawdę jest Rumunia, kraj o którym zbyt wiele nie wiedziałam. Mam w oczach jeszcze sceny rozgrywające się tu w 1989 roku, pamiętam społeczne protesty i demonstracje, a wreszcie proces i rozstrzelanie okrutnego dyktatora - Nicolae Ceauşescu. Wydawało mi się, że to zakończyło nieszczęścia Rumunii, tym bardziej, że w 2004 roku...

Krynolinę zostaw w Kairze

Od lady Ann Fanshaw, której w podróży do Hiszpanii i Portugalii niestraszne były ani cholera, ani hordy bandytów na drogach, po Hester Stanhope, lekceważącą sobie osobiste bezpieczeństwo i wędrującą przez Syrię do Palmiry z odkrytą twarzą, XVII-, XVIII- i XIX-wieczne podróżniczki otworzyły drzwi swym następczyniom do wszystkich krajów świata. Pełna fascynujących portretów nieustraszonych podróżniczek książka Krynolinę zostaw w Kairze prezentuje zaskakujące spojrzenie na kobiety, które wiedziały, że ich miejsce nie jest w domu. Książka ta, której oryginalny tytuł brzmi "No Place for Lady" (To nie miejsce dla kobiety) to zbiór opowieści o pierwszych podróżniczkach po Europie, Rosji, ale także po egzotycznych krajach, począwszy od Egiptu, Nubii, Indii i Mezopotamii (Iraku), a skończywszy na Chinach, Australii, Oceanii i Ameryce. Niektóre z nich trwały uparcie przy krynolinach i kobiecych strojach, które okazywały się w podróży bardzo niewygodne, a w dodatku niebezpieczne, inn...

Intymne życie niegdysiejszej Warszawy

Stanisław Milewski jak mało kto potrafi oczarować czytelnika klimatem przedwojennej Warszawy. Na kartach jego najnowszej książki znajdziemy to wszystko, co umyka twórcom podręczników historii, choć wrośnięte jest w folklor stolicy równie mocno jak kultura i sztuka. Uliczne zabawy i rozrywki, jaskinie hazardu, targowiska, tętniące życiem podwórza – autor wspaniale oddaje mentalność ówczesnych warszawiaków, opisując ich perypetie miłosne, rozrywki, w których znajdowali szczególne upodobanie, oraz bulwersujące ich wydarzenia. Z pasją zagłębia się też w meandry stołecznego półświatka. Publikacja pełna jest anegdot i relacji prasowych, sensacja miesza się tu z romansem i skandalem. Wspaniała lektura nie tylko dla mieszkańców Warszawy. Zawsze interesowało mnie to, jak żyli nasi przodkowie. Opowieści o dawnych czasach wydają się jakąś bajką czyli czymś nierzeczywistym i niemal mitycznym. Jednak przecież tak się żyło naprawdę, tak się ubierano, tak się bawiono, w ten sposób właśnie spędzano c...

W stronę Pysznej

Czy pamiętasz? Małe schronisko w Dolinie Zuberskiej tak bardzo przypominało dawną Pyszną... Ile minęło lat? Trzydzieści, czterdzieści... Serce, przewodnik po przeszłości i nieomylny kompas wspomnień, prowadzi w stronę Pysznej, na stare ślady nart, na trasy zimowych "wyryp" po Tatrach Zachodnich. Ani to kronika, ani dokument, ani też księga poświęcona pamięci Józefa Oppenheima, świetnego narciarza i taternika, wieloletniego kierownika Pogotowia Ratunkowego.[..] Jest to próba wykorzystania cudownej mocy wspomnień: wskrzeszenia zmarłych i zgromadzenia rozproszonych, odtworzenia dawnych emocji i nastrojów. Pierwsi narciarze i ratownicy, którym przewodził Zaruski, głośne wyprawy Pogotowia i huczne "wyrypy", turyści, wspinacze i górale-przewodnicy - oto ładunek wspomnień wybranych z trzydziestu zakopiańskich lat. Książkę Stanisława Zielińskiego "W stronę Pysznej" kupiłam kilka ładnych lat temu, w okresie silnej fascynacji Tatrami. Ale teraz do niej wróciłam, ...

Soyka nie tylko akustyczny

Bardzo rzadko chodzę na muzyczne koncerty. Stanisław Soyka jest wyjątkiem. Na jego koncertach byłam trzykrotnie i każdy z nich wspominam z ogromną przyjemnością, bo na koncertach jest świetny i tworzy na scenie niesamowity nastrój. Na szczęście koncertuje często. Jego muzykę znam od bardzo dawna. Jest ze mną od dawna. Na początku lat 90. odkryłam płytę " Acoustic ", która stała się dla mnie, osobiście, bardzo ważna. Pierwsza miłość, góry i ta muzyka - może nietypowa jak na tak romantyczną chwilę, bo dla mnie ta płyta jest właściwie nieco melancholijna, albo tak ją odbieram - jako pogodny smutek. Coś się skończyło, coś się zaczęło... Wszystkie utwory na tej płycie są mi bliskie, ale chyba najbliższe jest otwierające płytę "One Hundred Years" - mogłabym tej piosenki słuchać godzinami, co prawda to cover (kompozycja Krzysztofa Komedy), ale jak świetnie, jak rewelacyjnie zaaranżowany, zagrany i zaśpiewany! Lepszy od oryginału! Szczególnie ważne były dla mnie na te...