czwartek, 1 kwietnia 2010

Rebeka (2008)

Maxim de Winter, spadkobierca znamienitego rodu zamieszkuje w pięknej posiadłości na wybrzeżu Kornwalii, urządzonej w całości przez jego pierwszą żonę Rebekę. Rebeka utonęła w dość dziwnych okolicznościach. Po tej tragedii w domu nic nie zmieniano, a takiego stanu rzeczy pilnuje zarządzająca domem oschła pani Danvers, która żarliwie pielęgnuje pamięć o swej dawnej chlebodawczyni.

Poprzedniej nocy śniło mi się, że znów jestem w Manderley - tak zaczyna się powieść Daphne de Maurier, opublikowana w 1938 roku.

Wersji "Rebeki" powstało kilka. Jedna z najsłynniejszych pochodzi z 1940 roku, jej reżyserem był mistrz kryminału Alfred Hitchock, a w roli Maxima de Wintera wystąpił wówczas Laurence Olivier.

Tym razem za ekranizację powieści zabrał się włoski producent Guido Lombardo, który w roli pana na Manderley obsadził Alessio Boni, w roli nowej pani de Winter - Cristianę Capotondi.

Muszę powiedzieć, że początek filmu i właściwie prawie cała pierwsza połowa to uroczy obrazek - bajka o Kopciuszku. Jest młodziutka dziewczyna, która pracuje u pewnej damy jako towarzyszka jej podróży. Pewnego dnia spotyka intrygującego arystokratę. Okazuje się, że jest samotnym wdowcem, który rok wcześniej stracił żonę. Dziewczyna zadurza się w Maximie de Winter, ale i on zaczyna się nią interesować. Pociąga go jej skromność, niewinność i naiwność.

Wkrótce, kiedy dowiaduje się, że dama ma zamiar zabrać ze sobą swą towarzyszkę do Nowego Yorku, de Winter oświadcza się dziewczynie. Szybko pobierają się i udają się w podróż poślubną. Wydaje się, że de Winter jakoś nie ma ochoty wracać do domu i wygląda na szczęśliwego w nowym związku. Jednak powrót jest nieunikniony i wkrótce małżonkowie przyjeżdżają do siedziby rodowej de Winterów i nowa pani domu musi stawić czoła służbie i wciąż żywej pamięci po Rebece, pierwszej żonie Maxima. Czy nowa pani na Manderley potrafi podporządkować sobie kochającą wciąż Rebekę ochmistrzynię, a Maxim de Winter będzie w stanie uporać się z upiorami przeszłości? Czy nie jest to czasem walka z wiatrakami?

Tak jak wspomniałam, pierwsza część filmu to urocza opowieść o wielkim szczęściu młodej dziewczyny, która z dnia na dzień ze służącej zmienia się w żonę arystokraty i staje się panią na zamku.

Naprawdę urocza i śliczna jest Cristiana Capotondi, odtwórczyni tej roli, grana przez nią dziewczyna wygląda na bardzo zakochaną w swym mężu, wciąż go obejmuje i całuje. On jest dla niej niczym książę z bajki (zresztą bohaterka pisze i ilustruje bajki). A Alessio Boni jest tak przystojny, tajemniczy i pociągający, że każda mogłaby marzyć, żeby zamieszkać przy jego boku w tak pięknej posiadłości, położonej nad brzegiem oceanu.

Jednak coraz większy mgły zaczynają się gromadzić wokół tych potężnych murów, a cień Rebeki staje się coraz wyraźniejszy i zaczyna zagrażać szczęściu tych dwojga. Pomaga w tym wszystkim ochmistrzyni, pani Denvers, wierna pamięci o poprzedniej swej pani, która stara się wzbudzić kompleksy w młodziutkiej i niedoświadczonej dziewczynie. Uważa, że jedyną panią na zamku Manderley może być tylko nieżyjąca już pani de Winters.

Niestety, także Maxim zaczyna się oddalać od nowej żony, wydaje się, że wciąż nie może o tamtej zapomnieć... Czy małżeństwo pryśnie, jak mydlana bańka, gdy wspomnienia odżyją na nowo?

Pewne elementy zostały w tej ekranizacji zmienione w porównaniu z literackim oryginałem, chwilami nie wiem, jaki był tego cel. Wydaje się, że zbyt mocno starano się także uczynić demoniczną postać z pani Denvers. Zbyt częste zbliżenia na jej kamienną twarz były nieco nużące. Groteskowo wyglądał obraz przedstawiający Rebekę, zupełnie jakby malował ją Pablo Picasso.

Gdy czytałam tę powieść i oglądałam jej filmowe wersje, zawsze przygnębiała mnie pewna oschłość Maxima de Wintersa wobec swojej żony, która bardzo go kochała. I tym razem trudno jest zrozumieć jego postawę. Mimo smutnych doświadczeń miał przy swoim boku kogoś dla kogo był niezmiernie ważny, a jednak wydaje się tego nie doceniać. Ta kobieta przecież, choć niemal dziecko, była mu głęboko oddana, a on ją właściwie pozostawił samą sobie, w dodatku oddał ją na pastwę nieprzyjemnej ochmistrzyni. Bardzo smutna była scena, gdy wyjeżdżała do Londynu.

Tak czy inaczej to film godzien polecenia, dla miłośników Alessio to pozycja obowiązkowa ;) A ja, oglądając ten film, poczułam się jak ten Kopciuszek, który trafił do zamku przez przypadek i mógł się przez chwilę poczuć panią de Winters. ;)

3 komentarze:

Gitka pisze...

Oglądałyśmy w tym samym czasie ten sam film;-) Aktorka która gra młodziutką panią de Winter jest śliczna. Patrzy się na nią z wielką przyjemnością. Ona gra też w nowej Sisi (nawet nie wiedziałam, że taka istnieje) Za to Alessio mnie denerwował, jego partnerka skradła mu rolę i to jej nazwisko powinno być jako pierwsze w obsadzie ;-)

Gosia pisze...

Giteczko, zgadzam się z Tobą, że Cristiana Capotondi świetnie wygląda na ekranie (nie ma sceny, w której nie wyglądałaby ślicznie) i dobrze gra onieśmieloną swoją nową rolą młodziutką panią de Winters, ale gdyby nie było w tym filmie Alessio, nie oglądałoby się tego tak dobrze ;) Zwłaszcza pierwszej części.
No dobrze, skradła mu nieco ten film, ale zawsze w ekranizacjach "Rebeki", tak samo jak w książce, nie mogłam się pogodzić z postawą Maxima. Nie mogłam zrozumieć, jak mógł oddalić się od swej żony, jak mógł być tak nieczuły, nawet, jeśli czynił to dla jej dobra.
Pozdrawiam :)

Zosik pisze...

Alessio Boni grał księcia Bołkońskiego w serialowej adaptacji "Wojny i pokój" i wielce przypadł mi do gustu w tej roli. "Rebeke" czytałam bodaj dwa lata temu i szczerze zirytowała mnie ta lektura. Bezimienną narratorką co i rusz miałam ochotę porządnie potrząsnąć. Od dzieciństwa natomiast mam spory sentyment do adaptacji Hitchcocka z Laurencem Olivierem. Wokół tej wersji też chętnie się zakręcę. "Rebeka" jest bardzo filmowa. Tak czy siak będę mieć na uwadze :-)